Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sadie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sadie. Pokaż wszystkie posty

27 maja 2017

197. Holding Hands (OTP Challenge 01)

N/A: Zdaję sobie sprawę, że ten challenge jest stary, ale jakoś tak pomyślałam, żeby się za niego zabrać. ^^ Taa, jestem ciekawa, czy uda mi się dodawać one-shota codziennie. Raczej wątpię, ale nie zaszkodzi spróbować, prawda? :3


− Nie martw się, maluszku, zaraz cię stamtąd ściągnę. − Krok za krokiem po parapecie, później wąskiej belce ku białemu blokowi nad moją głową i ta jedna myśl: „Nie patrzeć w dół…” – Jak się tam znalazłeś, tak wysoko?
Kotek miauknął, przekrzywiając główkę. Wyciągnąłem ku niemu dłoń, modląc się, by w akcie przerażania nie podrapał jej, co tylko sprzyjałoby mojemu upadkowi. Wolałem nie myśleć, na którym piętrze się znajduję. Niemniej uparta wysokość budynku infekowała stopniowo mój umysł obrazem spadania z samej góry ku oczywistej śmierci.
− Chodź do mnie, no chodź… − błagałem wręcz, lewymi palcami uczepiony kurczowo framugi okna, prawą dłonią usiłując dosięgnąć zwierzątko.
Znów miauknął i nie poruszył się ani o milimetr. Co mnie podkusiło, żeby bawić się w bohatera?

 − Shindy, czyś ty zdurniał?! – Dotarło z dołu. To Aki wrócił z zakupami. Zrobiłem coś, czego nie powinienem – spojrzałem na jego miniaturową sylwetkę. Obraz natychmiast rozmazała panika, tłumiona wewnątrz mnie instynktem samozachowawczym. – Spokojnie, zaraz tam będę. Nigdzie się nie ruszaj!
− Bardzo zabawne! – odkrzyknąłem. Czułem jak palce zaczynają słabnąć. Prawą ręką uchwyciłem blok, na którym siedział niewzruszony kot.
Czas jakby się zatrzymał, kiedy czekałem na Akiego. Wreszcie usłyszałem pospieszną szarpaninę z zamkiem.
− Wybacz, kochanie, winda się zacięła. Musiałem wbiec pieszo. – Wyjrzał przez okno, przytrzymując moje przedramię. – Teraz podaj mi prawą rękę.
− Zwariowałeś?! Zabiję się!
− Zaufaj mi.
− Boję się…
− Spokojnie, trzymam cię mocno. Po prostu puść ten blok.
Zamknąłem oczy i rozprostowałem palce, rękę wyciągając ku Akiemu, który natychmiast pochwycił moją dłoń. W tym momencie straciłem grunt pod nogami.
− Aki! – rozpaczliwy krzyk musiał roznieść się po całej okolicy.
− Trzymam cię!
Z niemałym wysiłkiem podciągnął moje ciało. Kolana obiły o parapet, Aki pociągnął mocniej i upadł na podłogę, tuląc mnie do piersi. Wtulony w twardy tors, uspokajałem oddech. Chłopak również oddychał ciężko, gładząc mnie po plecach.
− Błagam, nie rób mi tego więcej… Co ci strzeliło do głowy?
− Tam był kotek. Chciałem go uratować.
Nie odpowiedział. Kiedy podniosłem głowę, jego wzrok wyrażał szczere niedowierzanie.
− Shindy… Koty same potrafią zejść z wysokich obiektów…
− Naprawdę?
− Tak. Skoro tam wlazł, to również sam zejdzie.
− Och…
Rzeczywiście, kiedy wyjrzałem przez okno kota już nie było. Mogłem zginąć przez swoją głupotę. I jeszcze przestraszyłem Akiego.
− Jestem idiotą – szepnąłem.
− Hej, nie przejmuj się tym. Na szczęście nic ci się nie stało. To jest dla mnie najważniejsze. – Usta złączył z moimi, zamykając tym moje oczy w rozkosznym ukojeniu. – Kocham cię, mój ty mały bohaterze. 

4 sierpnia 2016

194. Pure Beauty cz. I (Shindy x Aki)



Tytuł: Pure Beauty
Pairing: Shindy x Aki
Notka autorska: Teraz napiszę coś, co pojawiło się u mnie dotychczas tylko raz: SHINDY W TEJ SERII JEST SEME! Na dodatek stroną uległą jest Aki. Jestem ciekawa czy taka odmiana Wam się spodoba. Rozdział dodaję na prośbę – tsuki – i to jej dedykuję tę część.

CZĘŚĆ I
Znowu na niego patrzył. Ten charakterystyczny błysk w oczach, brązowa otoczka tęczówki wokół rozświetlonej źrenicy. Aki znów patrzył na Shindy’ego, wzrokiem sunął po obojczykach, które bez cienia krępacji wyglądały zza rozpiętego kołnierzyka białej koszuli. Poluzowany krawat zwisał wzdłuż płaskiego brzucha. Dalej było miejsce, skryte za materiałem spodni, zamknięte na zamek błyskawiczny. Jeszcze niżej smukłe nogi. Aki lustrował sylwetkę Shina od rozwichrzonych, rudych kosmyków, aż po czubki butów. Góra-dół, powoli, subtelnie smakując spojrzeniem jego urody.
Shindy rozmawiał z kolegami z klasy, oparty o ścianę. Zbyt zajęty konwersacją, ślepy na pełne uwielbienia oczy Akiego. Spowity nonszalancją i pewnością siebie, nacechowany powabem i osobistym urokiem, chodzący erotyzm o androgenicznej urodzie, na którego widok ukłucie zazdrości przebijało dziewczęce serca. Nieuchwytny ideał Akiego, nierealny, oniryczny, jakby wyrwany z innej rzeczywistości. Uwielbiał go.
Dzwonek rozbrzęczał na korytarzach, donośnie, wręcz irytująco przypominając o rozpoczęciu kolejnych zajęć. Shindy niechętnie stanął pod ścianą niedaleko drzwi od sali. Aki nadal śledził wzrokiem każdy jego ruch, trzymając się odpowiedniej odległości. Zbyt nieśmiały, by podejść do chłopaka, trwał w niemym pożądaniu, patrząc tęsknie na mieniące się w słonecznych promieniach rude włosy.
Lekcja dłużyła się nużąco, wskazówki zegara chyba zastygły w bezruchu. Aki co jakiś czas przerywał notowanie, by sprawdzić, ile czasu zostało do kolejnego spotkania. Ostatnie minuty dzieliły go od ponownego ujrzenia Shindy’ego, zatracenia w podziwianiu idealnie skomponowanej sylwetki, w której każda cielista linia rysowała wyraźnie spiczaste łokcie, wąskie biodra, drobne nadgarstki. Shindy już czekał na korytarzu. Unosząca się wokół niego erotyczna aura przyprawiała Akiego o drżenie kolan. Nawet przewieszona niedbale przez ramię marynarka prowokowała.
Aki usiadł pod ścianą, spoglądając na Shina spod grzywki, tym razem sporadycznie, by chłopak go nie przyłapał. Chcąc nadać swojemu zachowaniu bardziej naturalnego, swobodnego wyglądu, wyciągnął książkę, pochylając nad nią głowę. Cień padł na drukowaną stronę, utrudniając nieco dalsze czytanie. Aki spojrzał na osobę górującą teraz nad nim, która uśmiechała się delikatnie, odrobinę rozbawiona. Uśmiech ten, nieco zawadiacki spowodowany był reakcją Akiego, której nie mógł za nic teraz ukryć. Nie dało się zaskoczenia i uwielbienia w źrenicach osłonić nawet najlichszą płachtą obojętności. Nad Akim pochylał się Shindy. Jak gdyby nigdy nic. Tak po prostu, niby anioł, który dla własnego kaprysu postanowił poświęcić chwilkę uwagi śmiertelnikowi.
− Hej – przywitał się Shin, a uśmiech poszerzył się do tego stopnia, że oczy stały się dwoma łukami. Z całą pewnością dla Akiego był to najsłodszy widok na świecie.
− Hej… − odpowiedział. Chciał sprawdzić, czy to aby nie sen, był gotowy się uszczypnąć. Nie zrobił tego jednak. Nawet jeśli to kolejny wytwór jego wyobraźni, był zdecydowanie najbardziej realnym marzeniem, jakie miał dotychczas. I za nic nie chciał się obudzić.
− Jestem Shinya, ale mówią na mnie Shindy.
Brunet doskonale znał jego imię, wiedział również jak zwracają się do niego przyjaciele. Nie chciał jednak przestraszyć chłopaka swoim nieco maniakalnym podejściem.
− Aki. – Ledwo przeszła mu przez gardło ta krótka nazwa. Shindy był tak blisko… Wystarczyłoby tylko wyciągnąć rękę, by zanurzyć ją w jego włosach czy dotknąć policzka… Gdyby miał pewność, że to sen, z pewnością tak by uczynił. Tymczasem chłopak był realny jak nigdy dotąd, chociaż nadal zbyt urodziwy w porównaniu do innych uczniów wokół nich. Sen zdawał się przeplatać z rzeczywistością i zdezorientowany Aki nie wiedział już, której teorii ma się trzymać. Shindy, ten idealny, nieosiągalny Shindy, o którym mógł tylko pomarzyć, stał właśnie nad nim i kierował uśmiech tylko do Akiego. Poderwał się na nogi, uświadamiając sobie, że nieco niegrzecznym zachowaniem jest siedzenie na podłodze. Był nieco wyższy od Shindy’ego, mimo to czuł się przy nim śmiesznie mały. Urok kolegi go przytłaczał.
− Aki… − Shindy powtórzył jego imię, a każdą z liter naznaczył tajemniczą magią swojego głosu. Ton był tak przyjemny, że brunet niemalże przymknął powieki, czekając aż chłopak powie coś jeszcze. Tymczasem Shindy przekrzywił uroczo głowę, przyglądając się rozmówcy z zaciekawieniem wyraźnie zarysowanym w źrenicach. – Intrygujesz mnie, Aki – powiedział po krótkiej chwili milczenia.
− Ja? – wykrztusił, szczerze zdziwiony, chyba jeszcze bardziej niż wtedy, gdy zauważył, że jego wielkie marzenie o drobnej posturze pochyla się nad nim. Przecież to Shindy czarował, wabił, intrygował. Przyjrzał się uważnie chłopkowi, myśląc, że z niego kpi. Ten jednak patrzył nadal z tym samym zaintrygowaniem. Jeśli udawał, musiał być naprawdę dobrym aktorem.
− Ty – przytaknął, tym razem rozbawiony. – Dlaczego tak cię to dziwi? Zauważyłem, że mi się przyglądasz…
Aki zamarł. Nie przypuszczał, że jego zachowanie było aż tak widoczne. Starał się robić to ukradkiem, aby nikt go nie nakrył. Poczuł jak przyspieszone tętno, rozlewa się falą gorąca po jego policzkach. Modlił się, by jego najgorsze przypuszczenia się nie potwierdziły. Nie mógł się zarumienić, nie w tej chwili…
Shindy, widząc jego zakłopotanie, odwrócił wzrok, by dodatkowo go nie peszyć. Oparł dłoń o ścianę, tuż przy ramieniu Akiego, na co brunet gwałtownie przywarł do zimnej powierzchni. Tego było za wiele. To nagłe zainteresowanie, rozmowa, zbliżenie. Tysiące myśli kotłowały się w głowie, tyle pytań, na które nikt nie udzieli odpowiedzi.
− Ciekawi mnie… − podjął Shindy – skąd to zainteresowanie moją osobą.
Brunet chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Przyznanie się do zauroczenia niosło ze sobą ryzyko. Shindy mógłby go w każdej chwili wyśmiać. Musiał skłamać i to jak najprędzej.
− Dużo osób się za tobą ogląda. Nie jestem wyjątkiem.
− Rozumiem. – Pokiwał głową. Aki przeraził się, że na tym skończy się ich rozmowa, a jego marzenie rozproszy się i w delikatnych odpryskach ucieknie jak najdalej od niego. To nie był jednak koniec niespodzianek, ponieważ Shindy postanowił zaskoczyć go jeszcze bardziej: − Zapraszam cię na kawę. I wiedz, że nie przyjmuję odmowy. – Ostatni raz spojrzał na Akiego, prosto w jego oczy, aż ten poczuł namacalny magnetyzm jego tęczówek. – Jutro, o dziewiętnastej. Zadzwoń. – Wsunął niewielką karteczkę w drżące palce chłopaka. Już po chwili oddalał się pewnym krokiem, by zniknąć za zakrętem.

8 czerwca 2016

190. Demon cz. XI (Aki x Shindy)



Tytuł: Demon
Pairing: Aki x Shindy
Notka autorska: Wybaczcie tak długą nieobecność, ale dużo się u mnie działo… Takie, a nie inne zakończenie miałam w planach, co w sumie idealnie oddaje sytuację, która niedawno miała miejsce w moim życiu. Nie zawsze jest przecież kolorowo… Dziękuję za Wasze komentarze pod poprzednim rozdziałem. Zapraszam do czytania.  

CZĘŚĆ XI
Dni mijały, jeden za drugim. Park tuż przed blokiem Shindy’ego wreszcie wyrwał się mroźnym szponom śniegu, który rozpuściwszy się w miliony kropli, ustąpił miejsca nieśmiałej jeszcze zieleni.
Mimo prośby Shindy’ego, abym go nie ograniczał, zazdrość zżerała mnie od środka, kiedy obserwowałem coraz śmielsze próby Masatoshiego, których głównym celem było zdobycie mojego ukochanego. Miałem dać mu więcej swobody, a zamiast tego chodziłem za nim wszędzie. Shindy zbyt zamroczony moją obecnością, która przyćmiła wszystko inne, nie zauważył, że znów odcinam go od przyjaciół i ograniczam jego wolność. Ale ja to widziałem, z każdym dniem coraz wyraźniej. I nic nie mogłem z tym zrobić…
To śmiesznie prozaiczne uczucie, jakim była zazdrość i zdumiewająca łatwość, z jaką przejęła nade mną kontrolę, wręcz uwłaczały moją naturę. Kochałem Shindy’ego, był całym moim światem i z dnia na dzień coraz bardziej uzależniałem się od jego obecności. Żyłem u jego boku szczęśliwy i jednocześnie pełen obaw i wyrzutów sumienia. Na początku chciałem wykończyć go psychicznie, powoli, stopniowo pozbawić wszystkiego, nawet zdrowego rozsądku. Kiedy pomyślę o tym teraz, przyglądając się jak śpi ufnie wtulony w mój bok, nie mogę pojąć, jak to możliwe, że chciałem go kiedyś skrzywdzić… Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że krzywdziłem i krzywdzę go nadal, choćby samą moją obecnością.
Powieki Shindy’ego uniosły się delikatnie, odsłaniając fragment brązowych tęczówek. Zamrugał kilkakrotnie i przeciągnął się, by następnie obdarować mnie pięknym uśmiechem.
− Dzień dobry, kochanie. – Jedno króciutkie powitanie, powtarzane codziennie, a potrafiło wprawić mnie w stan cudownego ukojenia, w którym pragnąłem trwać całą wieczność. Marzyłem by zawsze witał mnie w ten sposób, używając przy tym pieszczotliwego „kochanie”.
− Witaj… − odpowiedziałem szeptem, całując jego włosy. Dłonią musnąłem jego niebywale delikatny policzek, który mógłbym bez problemu rozkruszyć palcami. Odgarnąłem kosmyk długich włosów za ucho, a kiedy przesunąłem po puklu opuszkami, ze zgrozą dostrzegłem, że niechcący ruchem tym zabrałem kilka rudawych nici. Shindy był bardzo słaby, z mojej winy… Tak bardzo wykończyłem jego organizm, że nie miał nawet sił, by się zregenerować. Wypadające włosy nie były jedynym objawem. Shindy starał się to ukrywać, ale wiedziałem, że często po zjedzonym marnym posiłku, wymiotuje. Jego żołądek po prostu buntował się i nie przyjmował pokarmu.
− Co się dzieje? – zapytał, zauważając zmartwienie na mojej twarzy.
− Przepraszam… − Pokazałem mu sporą ilość włosów w pięści.
− Och, to nic takiego…
− Za wszystko przepraszam. – Spuściłem głowę, rozprostowując palce. Chwycił otwartą dłoń, drugą ręką ujął moją twarz, spoglądając w oczy.
− Aki… − Tak ciepło wymówił moje imię, tyle uczucia wdrożył w to krótkie, nędzne „Aki”, w nazwę, która powinna przecież być dla niego jednoznaczna z bólem i łzami. Po łzach nie zostały już nawet ślady na policzkach, ale cierpienie z pewnością nadal mu towarzyszyło. Nie psychiczne, ale fizyczne tym razem. Próby były coraz bardziej wykańczające. Termin koncertu zbliżał się nieubłaganie. Chciałem go stąd zabrać, ukryć gdzieś, ochronić przed zmęczeniem i codziennymi troskami.
Objął mnie delikatnie ramionami. Wtuliłem się w niego. Tak bardzo go potrzebowałem. Jego obecność, uśmiech, zapach, głos – wszystko to było dla mnie uzależniające.
− Tak bardzo cię kocham…
− Ja też cię kocham, Aki. – Oczami wyobraźni widziałem delikatny uśmiech na jego twarzy.
− Nie chcę cię krzywdzić.
− Nie krzywdzisz mnie. Aki spójrz na mnie. – Ujął moją twarz dłońmi. – Jesteś moim największym szczęściem. To, co się kiedyś zdarzyło, to już przeszłość, która nigdy nie wróci.
Zacisnąłem bezradnie dłonie.
− Spójrz na siebie. Jesteś wykończony. Boję się ciebie dotknąć, żeby nie stała ci się krzywda. Kiedy pomyślę, że to ja doprowadziłem cię do tego stanu, to… − Zagryzłem wargę. – Powinieneś być z Masatoshim…
− Co? Aki, o czym ty mówisz?
− Nie jestem kimś dobrym dla ciebie. Ty jesteś człowiekiem, a ja potworem. Nie mogę patrzeć jak marnujesz sobie przy mnie życie.
− Przestań… Przestań mówić takie rzeczy. Nie zostawię cię.
Odwróciłem wzrok, nie chcąc widzieć reakcji na kłamstwo, jakie teraz zamierzałem powiedzieć. Zmusił mnie do ostateczności.
− Jesteś tylko nic nie wartym śmiertelnikiem. Wyobrażasz sobie mnie z kimś takim, jak ty? Jestem ponad to. Nie mogę żyć z osobą śmiertelną.
Nagle ogarnął mnie chłód – nie czułem już jego dłoni na skórze. Nie obejmowały ani policzków, ani ramion. Nie miałem odwagi spojrzeć mu w oczy. Musiały być teraz pełne cierpienia, jednak liczyłem, że zapomni o mnie, wróci do normalnego życia, do stanu zanim wtargnąłem brutalnie w jego rzeczywistość i zacząłem burzyć doszczętnie wszystko dookoła, łącznie z fundamentami jego psychiki.
− Rozumiem… − odpowiedział drżącym głosem. – Przepraszam, że straciłeś przeze mnie czas.
Pragnąłem wykrzyczeć, że kocham go nad życie i przytulić z całej siły, ale nie mogłem tego zrobić. To była najlepsza decyzja, najlepsze rozwiązanie. Masatoshi na pewno się nim zaopiekuje, a Shindy nabierze sił.
− Żegnaj, Shindy – powiedziałem, zostawiając jego osamotnioną sylwetkę na łóżku. Wpatrywał się w swoje drżące dłonie, o palce rozbijały się łzy. Nie odpowiedział. Jego postura wydała mi się jeszcze mniejsza, delikatniejsza i bardziej bezbronna niż zazwyczaj. Bądź szczęśliwy, skarbie… − pomyślałem z goryczą i opuściłem sypialnię, a następnie jego mieszkanie, krztusząc się czarnymi łzami.
***
Shindy nie wrócił do dawnego życia. Nie poradził sobie z tym, co mu wyznałem. Zaczął opowiadać prawdę o mnie. O tym, że spotkał demona, że leciał wraz z nim nad miastem, że demon potrafił panować nad jego snem, że tego demona pokochał…
Zamknęli go w szpitalu psychiatrycznym. Cały czas spędzam razem z nim w jego sali. On mnie nie widzi, ale ja mogę bezkarnie się mu przyglądać. Patrzeć na ciało, które jeszcze bardziej schudło, potargane włosy, bandaże zasłaniające poranione fragmenty ciała. To dobrze, że mnie nie widzi, mogłoby okazać się to dla niego szokiem.
Siedzi w kącie pokoju, wpatrując się ścianę. Czasami szepcze: „Wróć do mnie”, wtedy cierpię najbardziej. Mógłbym go stąd zabrać, ale nie chcę go bardziej zranić. Tu nic mu nie grozi. To najlepsze rozwiązanie.

28 kwietnia 2016

189. Demon cz. X (Aki x Shindy)



Tytuł: Demon
Pairing: Aki x Shindy
Notka autorska: Zapraszam do czytania i liczę na Wasze opinie. ^^ Muszę zdecydowanie więcej pisać… To znaczy, staram się, ale ostatnio mam jakieś blokady. ;;

CZĘŚĆ X
Wtulony w jego tors, otoczony ramionami, wsłuchiwałem się w jego kojący szept. Kiedy nie mówił, całował moje włosy, fragmenty ciała… Spod lekko przymkniętych powiek obserwowałem porozrzucane na łóżku przedmioty, których wcześniej użył Aki. Czerwona lina wiła się na pościeli niczym szkarłatny wąż. Nie zastanawiałem się, kiedy zdobył te zabawki i jakim cudem ukrył je przede mną.
− Kocham cię, Shindy…
Zamknąłem oczy, rozkoszując się słowami, które wślizgnąwszy się do moich uszu, pobrzmiewały jeszcze jakiś czas. Przytuliłem go mocniej. Moje usta rozchyliły się delikatnie i wydostała się z nich odpowiedź, nieco nieśmiała i niepewna, ale jednak zaskakująca i dla Akiego, i dla mnie:
− Ja też cię kocham.
Aki chwycił mnie za ramiona i przyparł do posłania. Spoglądał na mnie oczami, w których lśniące czernią niedowierzanie zostało naznaczone radośnie igrającymi iskierkami.
− Tyle czekałem na taką odpowiedź. – Ucałował moje włosy.
− Ale musisz mi coś obiecać.
− Co tylko zechcesz. – Uniósł delikatnie moją dłoń, aby dotknąć ją ustami.
− Będę żyć normalnie. Oznacza to brak ograniczeń z twojej strony. Mogę spotykać się z kim chcę, rozmawiać z kim chcę, nawet z Masatoshim. – Na dźwięk jego imienia,  brwi Akiego zsunęły się ku sobie.
− Uważam, że nie powinieneś się z nim zadawać… Dla twojego dobra.
− Masatoshi nic mi nie zrobi. – Zerknął na ścianę. – Proszę, Aki, nie będziemy razem szczęśliwi, jeśli będziesz tak mnie traktować.
− Jak cię niby traktuję? – Znów spojrzał na mnie. – Jak niewolnika? Ograniczam twoją wolność, tak? Masatoshi robi wszystko, żeby nas rozdzielić. Podejrzewa nawet, że cię biję i gwałcę.
− Nie zamierzam słuchać Masatoshiego w tej kwestii. Nie rozdzieli nas. – Chwyciłem jego palce w swoje dłonie. – Mogę mu wszystko wyjaśnić na próbie, wtedy odpuści.
− Nie uwierzy ci. Myśli, że cię zastraszam.
− Nawet jeśli nie uwierzy, nic nie zrobi. Nic na to nie poradzi.
− Do cholery jasnej, on cię kocha! Zrobi wszystko, żeby mi ciebie odebrać. – Wyszarpnął ręce z mojego delikatnego uścisku.
− A ja kocham ciebie. Proszę jedynie, bym mógł rozmawiać z przyjaciółmi. Chcę mieć z nimi normalne relacje. Pomyśl, jeśli Masatoshi zauważy, że go unikam, zaraz wpadnie na to, że to ty mi zabraniasz. – Widząc wahanie na jego twarzy, postanowiłem kontynuować: − Co może niby zrobić Masatoshi? Nie zmusi mnie, żebym z nim był. Tobie też nic nie zrobi, jesteś ponad to wszystko. Gdzie widzisz zagrożenie?
Westchnął, kiedy wytrąciłem mu wszystkie argumenty.
− Masz rację, kochanie. Muszę dać ci więcej swobody. Przepraszam. – Pocałował mnie w czoło.
− Cieszę się, że zrozumiałeś. – Dotknąłem opuszkami jego twarzy, uśmiechając się delikatnie.
***
Czułem się zdecydowanie lepiej i mój entuzjazm zauważyli również pozostali. Po skończonej próbie, Kiyozumi wpadł na pomysł, aby wyjść na miasto. Członkowie Sadie odmówili, tłumacząc, że mają jeszcze trochę pracy. Aki jedynie posłał mi znaczący uśmiech, który zinterpretowałem jako pozwolenie.
− Aki w nagłym przypływie litości odpiął ci smycz i wypuścił do nas? – Usłyszałem za sobą, kiedy czekałem przy barze, by odebrać drinka.
− O co ci chodzi? – Zerknąłem na swoje dłonie, nerwowo podrygujące na wypolerowanym blacie.
− Shindy… − Ton diametralnie się zmienił. Nie ociekał już ironią, stał się niemalże błagalny. – To nie jest ktoś odpowiedni dla ciebie. Pomogę ci się od niego uwolnić, tylko pozwól mi na to.
− Nic nie rozumiesz. – Zsunąłem się z barowego krzesła i skierowałem ku łazienkom. Było mi żal Masatoshiego. Wiedziałem, że chce dla mnie dobrze, że zależy mu na mnie. Musiałem jednak wszystko mu wyjaśnić i dać do zrozumienia, że nic z tego nie będzie.
Podniosłem wzrok, spoglądając na siebie w lustrze. Chłopak przede mną nie przypominał mnie. Nie tak zapamiętałem Shindy’ego sprzed paru miesięcy… Shindy, którego teraz widziałem był blady, jego twarz była szkicem ostrych linii, wyraźnie podkreślających wystające kości policzkowe. Na białej jak papier skórze, tuż pod oczami, zmęczenie zostawiło dwa sine kleksy. Shindy opierał się na wychudzonych rękach, obleczonych za dużym już na niego swetrem. Dlatego rzadko patrzyłem na nowego Shindy’ego. Nie chciałem siebie widzieć w takim stanie.
− Widzisz, co z tobą zrobił – stwierdził Masatoshi.
− Masatoshi, posłuchaj… Aki naprawdę mnie nie krzywdzi. Ja… miałem ciężki czas w życiu, jakaś depresja mnie dopadła, stany lękowe, bałem się wszystkiego. Nie ufałem nikomu. Aki był dla mnie kimś nowym, więc tym bardziej nie potrafiłem mu zaufać. Jednak później go poznałem i…
− Boisz się go – przerwał mi. – Shindy, ty nadal się go boisz. – Przybliżył się do mnie, zmuszając bym cofnął się pod drzwi kabiny.
− Nie… − zacząłem, ale znów nie pozwolił mi dokończyć.
− Nie oszukasz mnie, Shindy. – Chwycił mnie za ramiona.
− Masatoshi, ja wiem, że nie chcesz by stała mi się krzywda, ale jesteś dla mnie przyjacielem. Nie zostawię Akiego.
Chwilę przyglądał się moim oczom, na sekundę zacisnął mocniej palce, a później rozluźnił uścisk, zrezygnowany.
− Nie myśl, że się poddaję – mruknął, opuszczając łazienkę.

22 marca 2016

188. Demon cz. IX (Aki x Shindy)

Tytuł: Demon
Pairing: Aki x Shindy
Notka autorska: Już niewiele zostało do końca tego opowiadania. Przepraszam, że znów nic nie dodawałam, ale znowu odwiedziłam szpital, a później musiałam jakoś dojść do siebie. Zapraszam na kolejną część i czekam na Wasze opinie. :3 Bardzo delikatne BDSM się tu pojawia. ^^

CZĘŚĆ IX
− Zadzwonię do chłopaków i powiem, że źle się poczułeś i przekładamy próbę – postanowił Aki, kiedy znaleźliśmy się na zewnątrz. Otuliło mnie przeraźliwe zimno. Na moją głowę i ramiona okryte jedynie sweterkiem spadały płatki śniegu. – Zapomniałem o twoim płaszczu. Wytrzymasz drogę do domu? Wezmę cię na ręce.
Ramiona Akiego jak zwykle były zimne, przez co nie dawały ukojenia od chłodu panującego na dworze. Zamknąłem oczy, wtulając twarz w jego szyję. Otworzyłem je, gdy nagle poczułem ciepło. Aki postawił mnie na podłodze i zniknął w kuchni, by przygotować dla mnie herbatę.
− Aki? – Zajrzałem nieśmiało do pomieszczenia.
− Tak? – Uśmiechnął się ciepło.
− To, co powiedziałeś Masatoshiemu…
− Wybacz, że tak wyszło. Chciałem wyznać ci to w przyjemniejszych warunkach, ale ten kretyn naprawdę mnie zirytował. – Przybliżył się, obejmując mnie w pasie. Nieśmiało oparłszy dłonie o jego tors, spojrzałem mu w oczy. – Jestem wściekły, kiedy ktoś się do ciebie zbliża i na dodatek próbuje mi ciebie odebrać. Kocham cię… Tak bardzo cię kocham. Dlaczego tak późno to sobie uświadomiłem? Tyle razy zdążyłem cię zranić. Tyle przeze mnie cierpiałeś, płakałeś… I nadal żyjesz w ciągłym strachu. Nie ufasz mi, prawda?
− Ja… Aki, ja nie potrafię…
− Rozumiem. – Kosmyk moich włosów schwycił w dwa palce i wplótł go za ucho. – Wiem, że będę musiał długo pracować, żeby zdobyć twoje zaufanie, ale na chwilę obecną proszę byś się mnie nie bał. Nie masz czego się bać. Chcę twojego szczęścia, twojego uśmiechu. To wszystko.
Podał mi naczynie, nad którym kłębiła się cytrynowa para. Siedząc na blacie, tuż obok szarzejącego kwadratu nieba, w który zamknęły go ramy mojego okna, piłem ostrożnie ciepły napój. Kątem oka widziałem jak Aki przygląda się mojej twarzy. Siedział naprzeciw mnie, opierając łokcie na zgiętych kolanach.
− Kocham cię. – Jego szept był jak dłoń, która subtelnie dotknąwszy mojego policzka skierowała twarz ku jego. Odstawiłem kubek na parapet i zatraciłem w jego spojrzeniu, nie wiedząc, co zrobić. Dokładnie przyjrzałem się jego tęczówkom i zauważyłem, iż mylnie zawsze uważałem je za czarne. Z daleka wydawało się, że na białku zaznaczone zostały dwa hebanowe punkty, jednak teraz gdy miałem Akiego na wyciągnięcie ręki oraz niesamowitą ilość czasu, by studiować jego urodę, dostrzegłem drobną różnicę w kolorycie źrenicy i otaczającego ją pigmentu. Było to niewielkie odkrycie, ale ten moment, w którym trwaliśmy w ciszy, obserwując siebie wzajemnie, był jak poznawanie siebie na nowo, odkrywanie szczegółów w naszym wyglądzie, jak pierwsze spotkanie…
Blada twarz oraz czarne włosy Akiego scalały się w piękny kontrast: niby wyraźnie od siebie odcięte biel i czerń, ale na swój sposób uzupełniające się kolory, które nadawały mężczyźnie intrygującego wyglądu.
Aki uśmiechnął się i wtedy zwróciłem uwagę na jego usta, mimowolnie przypominając sobie ich smak. Bezwiednie przysunąłem się, rozpamiętując moment, kiedy zostałem zmuszony do ich skosztowania. Podparty na rękach, z twarzą niebezpiecznie zbliżającą się ku niemu, obserwowałem jego reakcję. Przez chwilę nie poruszał się, jakby sparaliżowany zaskoczeniem, zaraz jednak ujął dłońmi moje policzki, tak delikatnie, jak otula się coś wyjątkowo kruchego. Kiedy mnie pocałował, cała jego subtelność gdzieś się ulotniła, ustępując miejsca pożądaniu i namiętności, przeobrażającej się w brutalność. Wargi Akiego miażdżyły wręcz moje, a gdy spróbowałem się odrobinę odsunąć, natychmiast wplótł palce w moje włosy i zacisnął je w pięść, nie mocno, by nie sprawić mi bólu, acz stanowczo, żeby wybić mi z głowy próby ucieczki. Moje zmysły szalały, zaplątane w wirze egzotycznego smaku − niby znajomego, lecz nadal zaskakującego – oraz osobliwego uczucia, gdy zamrożone kryształki na jego ustach spotykały się z płonącymi całą mocą języczkami ognia, tańczącymi na mych wargach.
Jego silne ramię przyciągnęło mnie ku niemu, moje dłonie opadły na jego tors, później zsunęły się po brzuchu i zatrzymały na biodrach, by przez chwilę gładzić ciało przez materiał i ponownie wspinać się coraz wyżej. Splotłem palce na jego karku, Aki posadził mnie na kolanach. Nie wiedziałem, dlaczego go całuję, nie wiedziałem również, dlaczego oplotłem nogami jego talię, by się do niego zbliżyć. Czułem jak pod czarnym dżinsem pojawia się wypukłość. Dwa wzniesienia, ocierające się o siebie.
Dłonie Akiego zacisnęły się na moich pośladkach. Przywarłem do niego mocniej, kiedy wstał. Na chwilę przerwał pocałunek, uniosłem powieki zauważając jeszcze sufit mojej sypialni, nim przesłoniła go sylwetka chłopaka, który zawisł nade mną, oparty jedną ręką o materac, drugą szperając w szufladzie. Chciałem sprawdzić, czego szuka, jednak zapatrzyłem się w jego nagi tors. Podniosłem się odrobinę, chcąc jakoś wydostać spod chłodnego ciała. Cała sytuacja przybrała zupełnie inny obrót.
− Aki…
− Cichutko – uspokoił, przybliżając do mojej twarzy czarną, szeroką wstęgę. Odsunąłem się pod ramę łóżka. – Nie bój się. – Delikatny materiał zasłonił moje oczy. Pogrążony w ciemności, czułem jak Aki pospiesznie zawiązuje końce w ciasny supeł.
− Aki! – Moje dłonie odruchowo poderwały się, chcąc zerwać opaskę, jednak brunet w porę je zatrzymał. – Co robisz?
− Spokojnie, chcę to trochę urozmaicić. – Znowu tak dobrze znany mi ton, który tym razem nie ukoił mojego strachu.
− Co urozmaicić? Co chcesz zrobić?
Nie odpowiedział. Wokół nadgarstków, które nadal tkwiły w jego uścisku, coś się owinęło, a następnie mocno zacisnęło. Aki podciągnął moje ręce i przywiązał je do ramy.
− Rozwiąż mnie… Nie chcę…
− Shindy… − Dotknął mojego policzka. Jego dotyk, jego głos sprawiły, że na chwilę poczułem się spokojny, bezpieczny. – Nie zrobię ci krzywdy. Pragnę cię i widzę, że ty również tego chcesz. Nie bój się mnie.
− Po co to wszystko?
− Chcę jedynie, żeby było ciekawie. – Spodnie zsunęły się z moich bioder, po chwili poczułem krępującą nagość, która muśnięciem przyspieszonego tętna wymalowała na mojej twarzy dwa rumiane ślady. – Wy czasami lubicie takie eksperymenty w łóżku i z tego, co widzę, jesteś coraz bardziej podniecony. – Zaśmiał się cicho, dotykając mojej męskości.
− Przestań! – Zacisnąłem uda, starając się jakoś zasłonić, uciec przed jego dotykiem. Rumieńce na policzkach coraz bardziej czerwieniały, rozlewając się szkarłatem po szyi.
− Czyżbym cię zawstydził? – Ujął palcami mój podbródek, unosząc głowę delikatnie.
Nie odpowiedziałem. Dłoń Akiego zanurzyła się w moich włosach. Ciało drżało… Nie wiedziałem tylko, ile w tym rozdygotaniu jest strachu, a ile podniecenia. Spróbowałem jeszcze raz:
− Aki, rozwiąż mnie. – Chciałem zawrzeć w tym zdaniu jak największą stanowczość, wręcz zmienić je w rozkaz, a tymczasem wyszła z tego marna prośba.
− Nie. – Niemalże czułem jak triumfalny uśmiech unosi jego usta. To on jak zwykle był górą, to on dominował i panował nad sytuacją, ja byłem znowu małym, słabym Shindym, w dodatku jeszcze bardziej bezbronnym niż zazwyczaj, ponieważ ograniczył moje ruchy i zmysły. – Z nikim się jeszcze nie kochałeś w taki sposób, mam rację? Masatoshi nie zdążył cię zdobyć, zatem będę pierwszy. − Chłodny szept wśliznął się do mojego ucha, delikatnie podszczypując wrażliwą skórę. Przybliżył się, mogłem poczuć jego podniecenie tą sytuacją. Wtulił twarz w moją szyję. – Pragnę cię – powtórzył.
Ponownie wysunął szufladę, coś zabrzęczało. Machinalnie odwróciłem głowę, by sprawdzić, co z niej wyjął. Nie zdążyłem nawet błagalnie jęknąć, by mnie nie krzywdził, Aki chwycił mnie za włosy, a kiedy moje usta rozwarły się w bolesnym krzyku, wepchnął między nie coś okrągłego. Kulka była dość sporych rozmiarów, ale Aki sprawnym ruchem umieścił ją między podniebieniem a językiem. Chłopak szybko naciągnął paski z tyłu mojej głowy i dość ciasno zapiął.  
− Rozluźnij się – szepnął, a ja wzdrygnąłem się na dźwięk rozpinanej sprzączki, zgrzytu błyskawicznego zamka oraz szelestu materiału. – Nie zrobię ci krzywdy. Nie bój się mnie.
Za nic nie mogłem uspokoić rozdrganego ciała. Nadgarstki uparcie wykręcały się na wszystkie strony, chcąc jakoś wydostać z zaciśniętych na nich pętli. Serce w przerażeniu obijało się o żebra. Spod zamkniętych powiek wypłynęły łzy.
− Shin-chan… − Uniosłem głowę, jakbym nagle miał go ujrzeć. – Skarbie, spokojnie. Jeśli naprawdę nie chcesz, mogę to w każdej chwili przerwać. Chcę jedynie, żebyś wiedział, że nie zamierzam cię skrzywdzić. – Odgarnął kosmyk moich włosów za ucho. Delikatność tego gestu, jego uspokajający ton, zapewnienia, którym tak trudno było się oprzeć. Ufałem mu… Chociaż trudno było mi to zaakceptować, naprawdę mu ufałem. – Chcesz, żebym cię rozwiązał? – Pokręciłem przecząco głową. – Mogę kontynuować? – Przytaknąłem. Ucałował mój nos. – Jesteś taki delikatny… − westchnął, muskając ustami policzek. – Jak kwiatuszek, którego trzeba chronić przed zimnem.
Rzeczywiście czułem się jak marny, brzydki kwiatek w jego dłoniach. Słabnąca stokrotka… Teraz jednak było inaczej. Jego delikatny dotyk, słowa ociekające słodyczą, kiedy szeptał mi do ucha, że jestem piękny, zdawały się przeistaczać mnie z malutkiej stokrotki w dojrzałą orchideę.
Opuszki wodziły po moim ciele. Usta wędrowały w najrozmaitsze zakamarki, docierały tam, gdzie wstępu nie miał żaden inny mężczyzna. Stłumiony krzyk opuścił moje gardło, kiedy Aki we mnie wniknął. Przez ten magiczny czas, kiedy mogliśmy być bliżej siebie niż nigdy dotąd, Aki był człowiekiem.