Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kenzo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kenzo. Pokaż wszystkie posty

11 czerwca 2015

173. Hot Chocolate cz. VIII



Tytuł: Hot Chocolate
Pairing:  Kenzo x Yumehito
Notka autorska: Robię z Kenzo potwora. ;; Najciekawsze jest to, że Kenzo to pierwszy japoński muzyk, który mnie zauroczył. A za Yumehito nie przepadam. Połączyłam go z Kenzo tylko dlatego, że często robili fanservice, kiedy grali w Ayabie.
sadist vampire Yuna.miko: Nie, Shindy nie jest łatwy. :3 Oczywiście, że nie jest. Wiem, wiem, dużo tych związków. Jeden kocha drugiego, który kocha trzeciego, a trzeci kocha pierwszego itd. xD Jakby co zrobiłam taką rozpiskę, kto obecnie jakimi uczuciami kogoś darzy. ^^ Mam nadzieję, że to trochę ułatwi sprawę. :3
Reila Suzu: Ja też jestem taką sierotą jak Shindy. ^^" Cieszę się, że przypadła Ci do gustu postać Many. :3

 Obecnie tak wyglądają relacje między naszymi bohaterami. ^^ Wraz z biegiem wydarzeń będę wprowadzać zmiany.

 CZĘŚĆ VIII
Jakiś czas jeszcze szukali, chociaż każdy z nich oprócz Miyaviego wiedział, że to bezcelowe i nigdy nie odnajdą pokoju Shinyi, kiedy nagle Mana dostrzegł jak kilka metrów przed nimi przemknęła drobna postać o charakterystycznie podpiętych blond-rudawych kosmykach. Pociągnął znacząco Miyaviego za rękaw i wskazał na zakręt, gdzie zniknął Shindy.
− Shindy! – zawołał Miyavi.
Chłopak cofnął się, słysząc swoje imię.
− Miyavi. – Uśmiechnął się na widok znajomej, życzliwej twarzy.
− Właśnie cię szukaliśmy, żebyś wypił z nami herbatę.
− Ojej, to naprawę miłe. – Ten gest bardzo zaskoczył Shindy’ego. Nie sądził, że osoby, które widział tylko raz w życiu zrobią mu taką niespodziankę. I jeszcze zaangażowali się w to uczniowie, których nie znał.
− To jest Intetsu, Reita i Uruha. – Miyavi wskazał po kolei pozostałych kolegów. – Przyszlibyśmy wcześniej, ale nie wiedzieliśmy, gdzie jest twój pokój – zakłopotał się odrobinę, jednak zaraz się rozpromienił: − Ale nic, lepiej późno niż wcale. Może herbata jeszcze nie jest taka zimna. Chodźmy.
Shindy zaprowadził ich do swojej sypialni, gdzie siedział Yoichi w towarzystwie Masatoshiego i Bou.
− Shindy-sama. – Bou natychmiast wstał i ukłonił się nisko.
− Bou, nie musisz się tak do mnie zwracać – zaśmiał się Shindy.
Usiedli wokół niskiego stolika. Miyavi rozlał herbatę do filiżanek, niechcący wylewając odrobinę na Manę.
− Przepraszam – szepnął, zestresowany. – Bardzo przepraszam, nie chciałem.
Twarz Many jak zwykle nie wyrażała żadnych emocji. Już chciał sięgnąć po notes i wyzwać chłopaka od idiotów, kiedy zerknął na niego i po raz pierwszy dostrzegł w jego oczach przygnębienie. Smutek tak wyraźnie malował się w źrenicach, czyniąc twarz posępną, że w brunecie coś pękło. Teraz wiedział tylko jedno – nie chciał już nigdy więcej widzieć Miyaviego w takim stanie. Pragnął, żeby zawsze był szczęśliwy. Nie będąc do końca pewnym, co robi, położył dłoń na ramieniu kolegi, niemalże się przy tym pokrzepiająco uśmiechając. Miyavi spojrzał w jego oczy i uniósł niepewnie kąciki ust.
− Nie jesteś zły?
Mana pokręcił przecząco głową. Uśmiech Miyaviego się poszerzył, jego oczy błyszczały. Mana mimowolnie zrobił to samo, zdecydowanie subtelniej niż Miyavi, ale i tak wywołał tym niemałe zaskoczenie u reszty.
− No, no, skoro nasz Mana już się uśmiecha, to może niedługo zacznie mówić – powiedział Reita.
„Spadaj…” – Mana raptownie spoważniał.
Pili zimną herbatę, rozmawiali. W tak miłym towarzystwie Shindy zapomniał o tym co spotkało go ze strony Kaoru i Die’a oraz o zaborczym Akim. Z rozbawieniem słuchał przekomarzań Reity i Uruhy, którzy za wszelką cenę starali się zdobyć uznanie Intetsu. Widział, że chłopak jest nieco zakłopotany ich zachowaniem. Sam również czuł się niezręcznie, kiedy Yoichi pakował mu do ust kolejne ciasteczka, a Bou bawił się jego włosami. Zwłaszcza, że widział to tęskne spojrzenie Masatoshiego, brutalnie zignorowane przez współlokatora.
− Yoichi, Bou, zostawcie Shina. On nie jest zabawką. – Masatoshi starał się jakoś uratować Shindy’ego przed zagłaskaniem na śmierć. Mimo że był zazdrosny o sympatię jaką Yoichi darzył Shinyę, naprawdę go polubił.
Chłopcy jednak nie zwrócili na to uwagi i dalej robili swoje, przy okazji kłócąc się o chłopaka.
− Przestań szarpać go za włosy – warknął Yoichi. – Powyrywasz mu je.
− Nie powyrywam – oburzył się Bou. – Tylko go głaszczę. Prawda, Shindy-sama? Powiedz, że jest ci przyjemnie. To ty go faszerujesz tymi ciasteczkami. Pewnie już mu jest niedobrze.
− Na pewno jest głodny. Jest taki chudziutki. Muszę o niego dbać.
Mana jak zwykle siedział cicho, w spokoju popijając herbatę. Co jakiś czas zerkał na Miyaviego, na tyle ostrożnie by ten go nie przyłapał.
Czas minął im szybko i nawet nie zauważyli, kiedy zrobiło się tak późno, że wypadałoby iść spać. Uruha i Reita postanowili iść razem z Intetsu, Miyavi i Mana oddalili się w swoją stronę. Masatoshi wrócił do sypialni sam. Został tylko Bou, który nerwowo marszczył palcami materiał czarnych spodni.
− Shindy-sama, czy mógłbyś mnie odprowadzić? – zapytał cicho.
− Shin-chan jest zmęczony – powiedział szybko Yoichi.
Bou spuścił głowę, zasmucony.
− Nie no, odprowadzę cię. – Shindy uśmiechnął się do blondyna i razem opuścili pokój. Szli korytarzem oświetlonym teraz licznymi lampami.
− No proszę. Dwie cioty. Muszę przyznać, że idealnie się dobraliście. – Shindy rozpoznał ten głos, chociaż miał okazję usłyszeć go tylko raz. Jak zwykle ociekał jadem i kpiną. Odwrócił się w stronę Kenzo, obok którego stał niższy chłopak.
− Kenzo, daj spokój…
− Zamknij się, Yumehito. – Podszedł do Shindy’ego, który stanął przed Bou, chcąc go w razie czego osłonić, choć doskonale wiedział, że w starciu z Kenzo jego szanse byłyby marne. – I co teraz? Natsukiego tu nie ma. Mogę ci bez obaw przypierdolić.
− Nie… – pisnął Bou.
− Spokojnie – powiedział Shindy. – Niby dlaczego? Nic ci nie zrobiłem.
− Nie potrzebuję konkretnego powodu. Mam ochotę ci przyjebać i tyle.
− Kenzo, proszę… − Yumehito położył dłoń na ramieniu chłopaka.
− A ja cię proszę, żebyś się nie wtrącał, kochanie.
Shindy cofnął się o parę kroków, odsuwając przy tym również Bou, nadal nadając mu ochronę pod postacią swojego ciała.
− Ej, a ty dokąd. – Kenzo chwycił go za marynarkę i przyciągnął do siebie.
− Naprawdę nie chcę się z tobą bić. – Chłopak próbował oderwać zaciśnięte kurczowo palce od swojej odzieży.
− Zostaw Shindy’ego! – krzyknął Bou i rzucił się na Kenzo z pięściami, ten natychmiast odepchnął go, przez co blondyn upadł na podłogę.
− Co to za hałasy? – W korytarzu pojawił się Tatsuro. – Kenzo, co ty znowu wyprawiasz? Puść go w tej chwili. – Pomógł Bou wstać.
Szatyn rozluźnił uścisk na czarnym materiale marynarki Shina.
Yumehito nie czekając na swojego chłopaka, udał się w kierunku sypialni.
− A ty dokąd? – zapytał Kenzo.
− Jak najdalej od ciebie. Mam już dość.
− Widzisz coś narobił, idioto? – Chłopak zwrócił się do Shindy’ego − Jeszcze sobie porozmawiamy – zagroził.
− To my sobie porozmawiamy. Jutro. A teraz wszyscy do łóżek – nakazał Tatsuro.
Kenzo mrucząc coś pod nosem powlókł się za Yumehito.
− Co się stało? – Shindy zamarł słysząc to pytanie.
Natsuki… − przemknęło mu przez myśl.
− Kenzo – westchnął Tatsuro.
− Znów się ciebie czepiał? – Brunet zwrócił się do Shina, na co ten jedynie skinął głową. – Już nie wiem, co z nim zrobić… Ale przynajmniej nie jest tak źle jak w przypadku Kaoru i Die’a. – Shinya wzdrygnął się na dźwięk tych imion, co Natsuki zauważył. – Tatsuro, odprowadź Bou.
Kiedy się oddalili, Natsuki zbliżył się do Shindy’ego. Słowa Akiego mimowolnie pojawiły się w umyśle chłopaka. Nie był pewny czy może mu ufać. To, co mówił Aki mogło być przecież prawdą…
Brunet zauważył strach w jego oczach. Zmarszczył brwi.
− Boisz się – to było stwierdzenie, nie pytanie. – Czego się boisz?
− Nie boję się – zaoponował Shindy.
− Kiedy wspomniałem o Die i Kaoru wzdrygnąłeś się – stwierdził. – Dlaczego?
− To nic takiego. Ja… ja muszę już iść. – Odwrócił się, jednak Natsuki chwycił go za ramię.
− To oni cię skrzywdzili? – dopytywał.
− Nie. – Shindy starał się odwrócić wzrok.
− Kłamiesz. Shindy, nie kłam, to nie ma sensu. Nikomu nic nie powiem. Wiem, że się ich boisz, dlatego nikt się nie dowie. Chcę po prostu wiedzieć, czy to oni.
− Dlaczego chcesz to wiedzieć?
Natsuki na chwilę zamilkł. Co miał mu powiedzieć? Że chce go chronić?
− Jestem głównym opiekunem, a dbanie o bezpieczeństwo uczniów jest moim obowiązkiem.
− Naprawdę muszę iść.
− Odprowadzę cię.
− Dam sobie radę. – Shindy już chciał ruszyć do swojego pokoju, kiedy Natsuki szarpnięciem przyciągnął go do siebie. Chłopak zachwiał się i wpadł prosto w jego ramiona.
− Dlaczego tak bardzo się boisz? – zapytał brunet, czując drżenie drobnego ciała. Nie wiedział co się dzieje. Domyślał się, że Shindy może teraz bać się dotyku przez to, co zrobili mu Kaoru i Die, jednak nie sądził, że będzie odczuwać też strach przed nim. – Nie bój się mnie.
− Nie boję się ciebie, Natsuki-sama – zapewnił Shindy.
Znowu kłamiesz – westchnął w myślach, spoglądając w oczy Shinyi.
− Chodź, odprowadzę cię do sypialni.
Kiedy znaleźli się przed właściwymi drzwiami, Shindy zerknął na Natsukiego, chcąc mu podziękować. Brunet przyglądał mu się uważnie. Przekrzywił lekko głowę, poczym spuścił wzrok.
− Obiecaj mi coś, Shinya.
− Co mam obiecać?
Natsuki ponownie spojrzał prosto w jego źrenice, jak gdyby chciał sprawić, by Shindy spełnił jego prośbę.
− Bądź ostrożny. Będę spać spokojniej ze świadomością, że wszyscy uczniowie są bezpieczni.
− Oczywiście. Dziękuję za wszystko. Dobranoc. – Skłonił się i już naciskał klamkę, kiedy Natsuki go zatrzymał:
− Shinya?
− Tak? – Spojrzał na niego. Po raz pierwszy w oczach bruneta pojawiły się jakieś emocje. Nigdy przedtem niezmącona niczym czerń zabłyszczała. Shindy nie rozumiał, co ukrywa się w tych tęczówkach. Dlaczego Natsuki tak na niego patrzy? Niczym echo wróciło ostrzeżenie Akiego, a Shinya odsunął się machinalnie, natrafiając plecami na drzwi.
Natsuki wyglądał tak, jakby walczył sam ze sobą. Jakby bardzo pragnął coś zrobić, ale jednocześnie się powstrzymywał.
Reakcja Shindy’ego ściągnęła go brutalnie na ziemię. Cały blask zamknięty w jego oczach zniknął.
− Co się dzieje? Dlaczego się odsuwasz?
Shinya nie odpowiedział. Nadal stał nieruchomo, wpatrzony w Natsukiego.
− Nie bój się mnie. – Natsuki uspokoił go miękkim, cichym głosem. – Shinya?
− Muszę wrócić do siebie – wyszeptał Shindy. – Jeszcze raz dziękuję. – Nerwowym gestem nacisnął klamkę i wszedł do swojej sypialni.

5 lipca 2014

148. Hot Chocolate cz. III



Tytuł: Hot Chocolate
Pairing: 
Notka autorska: Nie podoba mi się ten rozdział. :c Jest taki nijaki, właściwie jest on potrzebny tylko po to, by wprowadzić nowe osoby. Następny jest już ciekawszy. ^^

CZĘŚĆ III
− Aki-sama… − szepnął blondyn.
Usta bruneta rozciągnęły się w jeszcze szerszym uśmiechu.
− Może cię odprowadzę? – zaproponował Aki.
− Nie chcę sprawiać problemu… Poradzę sobie – zapewnił Shindy.
− To będzie dla mnie przyjemność. – Chwycił Shina za rękę i pociągnął w kierunku wyjścia z lasu. Przez drogę ani na chwilę nie puszczał dłoni Shindy’ego i co jakiś czas zerkał na chłopaka, uśmiechając się na widok rumieńców na jego twarzy.
– Muszę iść. Mam parę rzeczy do zrobienia – powiedział, kiedy znaleźli się w ogrodzie. – Do zobaczenia… − Złapał Shindy’ego w pasie i pocałował go w policzek.
Oczy blondyna otworzyły się szeroko, kiedy usta Akiego dotknęły jego skóry. Chciał jakoś zaprotestować, jednak nie był w stanie nic powiedzieć. Wpatrywał się tylko w chłopaka z zaskoczeniem, na co ten uśmiechnął się delikatnie, zmierzwił jasne włosy i odszedł.
Drżąca dłoń dotknęła zaróżowionego policzka, którego przed chwilą muskały ciepłe wargi.
O co tu chodzi? – zapytał samego siebie. Dlaczego obcy ludzie przytulali go i całowali?
− Shin-chan! – Yoichi biegł właśnie w jego kierunku. – Shin-chan, wszystko w porządku?
− Tak, tak…
− Musisz koniecznie iść ze mną do pokoju. Twój mundurek jest już gotowy. Chodź! – Pociągnął osłupiałego Shina za rękę. – Na pewno będziesz w nim ślicznie wyglądać, a ja zrobię zdjęcia.
***
Po przebraniu się w nowy mundurek i wyczerpującej sesji zdjęciowej, Shindy korzystając z faktu, że Yoichi zasnął, postanowił zwiedzić szkołę. Liczył, że może spotka kilka nowych osób i zobaczy jego… Zastanawiał się, kim on jest. Tajemnica, która otaczała nieznajomego chłopaka, intrygowała Shindy’ego. Było w nim coś fascynującego i niepokojącego zarazem.
Szedł zamyślony, ze spuszczoną głową, dlatego nie zauważył osoby, na którą wpadł.
− Uważaj jak idziesz – warknął nieprzyjaznym tonem, odrobinę wyższy od Shindy’ego szatyn. Miał na sobie mundurek przedstawicieli Cepheii.
− Przepraszam.
− Ty jesteś ten nowy – zauważył pogardliwie.
− Um… Muszę iść… − Shinya pospiesznie go wyminął, kiedy poczuł ucisk na ramieniu.
− Dokąd się wybierasz?
− Naprawdę muszę iść… − jęknął Shindy, próbując wyrwać rękę, jednak szatyn przyparł go do ściany.
− Radzę ci na siebie uważać – ostrzegł chłopak.
− Kenzo. – Usłyszeli srogi głos. – Puść go.
Kenzo opuścił ręce i odwrócił się w stronę wysokiej postaci. Shindy rozpoznał w niej chłopaka spotkanego w lesie.
− Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie straszył nowych uczniów? – Zimne, czarne spojrzenie świdrowało sylwetkę szatyna, która teraz wydawała się być żałośnie mała.
− To się już więcej nie powtórzy, Natsuki-sama…
Natsuki-sama? – powtórzył w myślach Shindy.
− Wracaj do swojego pokoju – polecił Natsuki, a Kenzo posłusznie się oddalił. Brunet spojrzał na przestraszonego Shindy’ego. – W porządku?
− Um… Tak…
− Unikaj takich ludzi jak on. Dla własnego dobra – pouczył i odszedł powolnym krokiem.
Shindy wpatrywał się w ciemny korytarz, w którym zniknął Natsuki.
Dziwne… − pomyślał. – Coraz więcej dziwnych rzeczy mi się tu przytrafia, a jestem tu niedługo.
Skręcił w boczny korytarz i dostrzegł skuloną w kącie postać. Miała na sobie granatowe spodnie białą koszulę i kołnierz w stylu seifuku, dzięki czemu Shindy wywnioskował, że jest uczniem Tauri.
− Przepraszam, czy coś się stało? – Pochylił się nad chudym chłopakiem.
− Cii… − Brunet przyłożył sobie palec do ust i przyciągnął Shindy’ego do siebie. – Bądź cicho.
Shindy wylądował na kolanach tuż przy zwiniętej sylwetce ekscentrycznego nieznajomego.
− Ale…
− Cii!
Trzask drzwi. Odgłos kroków.
− Zbliża się… − Chłopak już zacierał ręce.
Kiedy osoba, której Shindy nie widział, podeszła wystarczająco blisko, brunet wyskoczył na nią krzycząc:
− BUUU!
„Ofiara” patrzyła jednak na chłopaka z politowaniem, unosząc prawą brew. Po chwili wydobyła z torby notatnik i zaczęła pisać.
„Używaj czasami mózgu… To naprawdę nie boli…” – tak brzmiała treść wiadomości.
Shindy wychylił się ze swojej kryjówki.
„Czyżbyś wplątywał w swoje głupie gierki nowych uczniów, Miyavi?”
− Nie, oczywiście, że nie. On po prostu do mnie podszedł. Zatem jesteś nowym uczniem? – Miyavi pochylił się nad Shindym. Był naprawdę wysoki.
− Tak…
− To super! Nowi uczniowie są tacy uroczy! A ty to już w ogóle! Słodki, słodki, słodki! – Objął Shina ramionami i tulił go do swojej piersi.
„Miyavi, przestań miętosić tego biednego chłopca.”
− Ach, no tak, gdzie moje maniery? – Brunet chlasnął się otwartą ręką w czoło. – Auu…
„Dlaczego zadaję się z tym debilem?”
− To jest Mana. – Miyavi wskazał niższego bruneta ubranego w identyczny mundurek, który miał na sobie Shindy. – A ja jestm Miyavi.
− Shindy. – Blondyn skłonił się lekko. – Miło mi was poznać.
„Również nam miło.”
− Czy również mam tobie odpowiadać pisemnie? – spytał Shindy.
− Nie, ty możesz do niego mówić normalnie. To on jest świrem, nie ty.
„Spieprzaj!”
− Ale i tak kocham mojego Manę-chan! – Miyavi objął ramieniem szyję Many i potarmosił pięścią jego włosy.
„Jeżeli jeszcze raz nazwiesz mnie Maną-chan i dotkniesz moich włosów, pozbawię Cię życia.”
− Jest rozkoszny, kiedy się gniewa – stwierdził z uśmiechem Miyavi.
„Ugh!”
− Jejciu! – pisnął chłopak. – Co tutaj robisz całkiem sam? – zwrócił się do Shindy’ego.
− Zwiedzam.
− Możemy pozwiedzać razem.
„Miyavi, nie bądź natrętny…”
− Ależ nie, będzie mi bardzo miło.
− Super! To idziemy!

2 lipca 2012

3. Lastica (Tatsuro x Kenzo)

Tytuł: Lastica
Pairing: Tatsuro x Kenzo
Notka autorska: A taki przygnębiający one-shot. Miłej lektury.

Bez obaw mogę stwierdzić, że od zawsze byłeś Europejczykiem w ciele Azjaty. Chociaż twoje ciało było w Japonii, dusza przemierzała wąskie uliczki Pragi, kosztowała włoskich specjałów w Rzymie, badała zakamarki wieży Eiffla…
Nigdy nie podobała ci się twoja azjatycka uroda: małe, ciemne oczy, których kolor zmieniałeś soczewkami, proste, kruczoczarne włosy, pokryte brązową farbą. Robiłeś wszystko, żeby ukryć  swój prawdziwy wygląd. Wszystko, żeby wyglądać tak jak o n i. Fascynowali cię – widziałem to w twoim oczarowanym spojrzeniu. Co takiego mieli w sobie, że darzyłeś ich takim uwielbieniem? Różnorodność, którą się charakteryzowali? Rozmaite odcienie zieleni, brązu i błękitu zamknięte w ich dużych oczach, wielobarwność kosmyków, które nie były tak „ograniczone” jak nasze, bo oprócz prostych można było spotkać jeszcze poskręcane w fantazyjne spirale lub lekko falujące? Dlatego niezbyt entuzjastycznie przyjmowałem wiadomości o koncertach w Europie i niemalże dostawałem ataku furii, widząc tyle szczęścia, które błyszczało w twoich tęczówkach. Dlaczego nigdy nie cieszyłeś się tak na mój widok?
Gdyby tego było mało, musiała pojawić się o n a. Mieszkanka Francji o kręconych blond włosach i oczach tak niesamowicie niebieskich, jakby na miejscu tęczówek znajdywały się dwa lazurowe jeziorka. Długonoga dwudziestopięciolatka, która spacerując ulicami Tokio, odcinała się wyraźnie od tła japońskiego społeczeństwa. Od razu przykuła twoją uwagę… Jakżeby inaczej? Ale czy naprawdę nie mogłeś wziąć przykładu z innych osób i po prostu jej się przyglądać? Nie, ty musiałeś być tym, który się przełamał, podszedł do niej i oczarował swoimi uroczymi rumieńcami, pięknem twarzy i tańcem długich rzęs, okalających twoje słodkie oczy. Oddałbym wszystko, żeby znaleźć się na jej miejscu. Kenzo, naprawdę tak niewiele potrzeba, by uczynić mnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Wystarczą dwa słowa…
Kocham cię… − słyszałem, jak wypływały z twoich ust milion razy, ale nigdy nie były kierowane do mnie. Tylko do tej ślicznej, cholernie ślicznej, Marguerite! Przypominałeś jej to za każdym razem, czy to podczas spotkania, czy rozmowy telefonicznej…. Jakby jej pamięć była tak króciutka, że po prostu zapominała o tym, jak wielki posiada skarb.
Przyglądanie się jak wasza miłość kwitnie z dnia na dzień było dla mnie torturą. Gdy ją tuliłeś, obdarowywałeś pocałunkami… Zdajesz sobie sprawę jak niszczyłeś tym moje serce? Jak kruszyło się, pękało, kiedy tuliłeś jej paryskie wargi? Nie, ponieważ cierpiałem w milczeniu, a ty nie zauważyłeś odłamków, które poniewierały się na podłodze. Dodatkowo je rozdeptałeś, mówiąc jej, że jest najpiękniejszą istotą na świecie.
Nigdy przedtem nie wyżywałem się tak na swoich włosach, skręcając je lokówką, by chodź trochę wyglądać, tak jak ona. Skoro jej jasne loki tak bardzo ci się podobały… Niestety ze zmianą koloru nie wyszło, ponieważ moje czarne pukle się zbuntowały i zabarwiły na nieciekawy odcień pomarańczy, więc czym prędzej wróciłem do naturalnej barwy. Na szczęście po kilkudziesięciu próbach udało mi się je zakręcić. Na utrwalenie fryzury zużyłem co najmniej pięć opakowań lakieru, ale mój trud to niska cena, wynagrodzisz mi to słowami Jesteś najpiękniejszą istotą na świecie.
Trudno było mi w to uwierzyć, ale niczego nie zauważyłeś. Mógłbym wejść odziany w ścierkę upstrzoną plamami, a tu nawet nie zaszczyciłbyś mnie spojrzeniem. Za to, kiedy twoja Marguerite odwiedziła cię podczas próby, pierwszą rzeczą, która zwróciła twoją uwagę, była jej nowa błękitna bluzeczka, w której „tak ślicznie wygląda”!
Na nic moje uśmiechy, spojrzenia, komplementy, nawet to, że na koncertach fanservice robiłem częściej z tobą niż z innymi. Twoje oczy zostały pochłonięte przez jej rzęsy, pełne usta, które wyglądały, jakby były stworzone do całowania i te jej nietuzinkowe tęczówki… Zaślepiła cię całą swoją posturą. Pozostawałeś niewidomy na moje rozpaczliwe starania…
Teraz patrzę, jak leżysz na moim łóżku pogrążony w głębokim śnie. Taki nieświadomy, słodki i bezbronny. Cały mój… Po chwili otwierasz oczy; delikatne kotary unoszą się powoli, odkrywając twoje tęczówki milimetr po milimetrze. Najpierw mrugasz kilka razy, próbując poukładać sobie wszystko w swojej ślicznej główce, potem przesuwasz swój wzrok po całym pomieszczeniu , aż nasze spojrzenia się spotykają. Zaczyna docierać do Ciebie znaczenie tej sytuacji. I chyba wolałbyś nie zrozumieć, bo zaraz po wyjaśnieniu pojawia się strach. Przeogromna dawka strachu, ale nie ta, która wstrzykuje do żył adrenalinę. Raczej jedna z tych, co paraliżują i jedyną rzeczą, którą jesteś w stanie teraz zrobić jest odsunięci się pod ramę łóżka. Zwłaszcza, gdy dostrzegasz, że trzymam w ręku broń. Zasypujesz mnie serią pytań między innymi: jak się tu znalazłeś, co zamierzam zrobić, o co tu właściwie chodzi, i tak dalej…
Nie zamierzam odpowiadać. Ty też nie udzieliłeś odpowiedzi na moje: „Dlaczego mnie nie kochasz?” zadawane przeze mnie wiele razy szeptem. Gdybyś tylko zwrócił na mnie wtedy uwagę… Ale Ciebie obchodziła jedynie Twoja blond ślicznotka, więc zostawmy ten temat. Było, minęło. Liczy się to, co jest teraz. A prawda jest taka, że teraz jesteś malutki i przerażony, zdany tylko na mnie. I to daje mi aż niezdrowe poczucie satysfakcji. Świadomie przedłużam chwilę pozbawienia Cię życia, aby nacieszyć się widokiem strachu, malującego się w Twoich oczach.
− Kocham cię – mówię cicho, wiedząc, że mnie usłyszysz.
Prosisz, żebym tego nie robił. Obiecujesz, że zrobisz dla mnie wszystko. Ale na to już za późno, a miałeś naprawdę dużo czasu.
Powoli ciągnę za spust, a wystrzelony pocisk trafia prosto w Twoje serce, tak jak planowałem. Ty zniszczyłeś moje, a ja Twoje. Strzelam do Ciebie jeszcze kilkakrotnie, aby mieć pewność, że nie żyjesz. Martwy osuwasz się po ścianie, zostawiając na niej krwawą wstęgę.
Podchodzę do Ciebie, siadam na łóżku i całuję Twoje jeszcze ciepłe wargi. Nie zaprzestając pocałunku przystawiam broń do swojej skroni i ponownie naciskam spust…

30 maja 2012

2. Sexual Affection (Mizuki x Kenzo)

N/A: Moje pierwsze yaoi, napisane wieki temu, skończone niedawno.


Stoi przy oknie. Opierając się o parapet, kontempluje wszystko, co widzi za szklaną taflą. Jego uroda oświetla całe pomieszczenie, pięknie przyozdabia ściany swoim blaskiem, ożywia je niczym świeża farba, niestety nietrwała – wystarczy, że opuści pokój, a wszystko zniknie.
Przyglądanie się jak kwitnie życie pod różnymi postaciami, pochłonęło go doszczętnie. Nie zauważa, kiedy wchodzę do sypialni. Za towarzyszki nadal ma jedynie myśli, ja jeszcze nie istnieję. Dopiero gdy podchodzę bliżej, odwraca się zaalarmowany odgłosem moich kroków. Wita mnie szczerym, ciepłym uśmiechem. Światu ukazuje się delikatna szpara między górnymi jedynkami. Drobna wada, która dodaje mu uroku, obdarzona nienawiścią z jego strony oraz miłością z mojej.
Oczy błyszczą szczęściem, odnosi się wrażenie, iż są to dwie gwiazdy. Pewnie jakiś anioł ukradł je z nieba i ozdobił jego tęczówki.
− Witaj, słoneczko. – Gładzi palcami mój policzek, nieświadomie przyspieszając tym bicie mojego serca.
− Wi… witaj – odpowiadam z trudem. Jego dotyk ma okropnie uciążliwy dar – skutecznie plącze język.
Powoli zanurzam drżące dłonie w jego kruczoczarnych włosach. Odnoszę wrażenie, że moje opuszki badają strukturę jedwabiu.
Mizuki mruży oczy. Jego twarz zmienia się w bezchmurne niebo. Można by spędzić wieczność na podziwianiu jego piękna. Można by spędzić wieczność na przyzwyczajaniu się do niecodzienności jego urody. Można by spędzić wieczność na powolnym kosztowaniu jego kuszącego ciała.
Uśmiecha się promiennie i lustruje moją twarz. Przeciętność sterczących, mahoniowych włosów, brązowych tęczówek oraz bladych ust, zadaje się go fascynować. Modlę się, aby w obrazie, który teraz widzi, zostało pominięte szaleństwo w moich oczach.
Jest na wyciągnięcie ręki, a mimo to, wydaje mi się, że dzieli nas ogromna przepaść. Zbyt długo nie całował moich warg. Czuję jak usychają z pragnienia zasmakowania kolejnej porcji słodyczy jego ust.
Tymczasem mój książę oddala się. Każdy jego krok popycha mnie ku przepaści samotności, która niebezpiecznie się pogłębia, jak gdyby szykowała dla mnie niekończącą się drogę męki. Siada na samym środku wielkiego łóżka, racząc mnie niesamowitą zmysłowością swoich gestów.
− Chodź do mnie, królewno – mówi miękko, wyciągając w moim kierunku swoje długie ramiona.
− Dlaczego nazywasz mnie królewną? – Nieco oburzonym tonem staram się odwrócić jego uwagę od rumieńca zawstydzenia, który wywołało to urocze określenie. – Dużo brakuje mi do królewny. Nie zauważyłeś?
− Jedyną rzeczą jaką zauważyłem jest to, że królewny są równie słodkie, jak ty. Ale jeśli przeszkadza ci bycie moją królewną, mogę cię nazywać królewiczem. Co ty na to? – Nie czekając na odpowiedź, dodaje: − Więc chodź już do mnie, mój królewiczu. Szybko się niecierpliwię, zdecydowanie zbyt szybko.
Moje nogi same ruszają w jego stronę, ciało chce znaleźć się jak najszybciej w jego ramionach. Już po chwili Mizuki tuli do piersi moją drobną sylwetkę.
− Niesamowicie prezentujesz się w fiolecie – szepcze mi do ucha. – Zwłaszcza jeśli jest to barwa sukienki.
Jego słowa niczym niesforni malarze barwią czerwienią moje policzki.
Śmieje się, mierzwiąc mi włosy. Z kieszeni spodni wydobywa spinkę ukoronowaną czarną kokardą, po czym wpina ją w mahoniową burzę. Delikatnie całuje róże rumieńców, które zdobią moją twarz, i niespiesznie zbliża się do ust. Znajomy słodki smak skrapia myśli pożądaniem, obraca w popiół silną wolę, budzi najskrytsze pragnienia.
Mizuki przytula mnie mocniej i wstaje ostrożnie. Oplatam go nogami w pasie, kiedy on, nie zaprzestając pocałunku, kieruje swe kroki do łazienki. Sadza mnie na blacie, przerywając moją ucztę. Z przebiegłym uśmiechem zaciska zęby na kokardzie i odwraca powoli głowę. Spinka ciągnie boleśnie brązowy kosmyk, w oczach szklą się łzy. Jeden gwałtowny ruch, wsuwka wyrywa kilka włosów i wraz ze swoją zdobyczą, upada na kafelki. Mój cichy jęk, zagłuszony jego śmiechem.
Rozbawiony, wpija się łapczywie w moje wargi, zaborczymi rękoma zdzierając ze mnie fioletową satynę. Ujmuje moje dłonie, zwodniczo delikatnie, i rozrywa nimi biały materiał swojej koszulki. Moje palce, kierowane ruchem jego rąk, błądzą po nagim torsie, ocierają się o ramiona, badają ciepło aksamitnej skóry. Następnie suną w dół, w kierunku najsłodszej części jego ciała, która kryje się za drzwiami z błyskawicznego zamka. I pomyśleć, że wystarczy jeden ruch, by rozpakować najwspanialszy prezent na świecie…

− Nie jesteś przypadkiem zmęczony? – pyta, odrywając się odrobinę od moich ust.
− Nie. Jestem jedynie głodny… Bardzo głodny…
− Już ja cię nakarmię – zapewnia.
− Na to liczę…
− Nie sądziłem, że moja królewna potrafi być taka niegrzeczna. – Kręci głową z niedowierzaniem.
Ścieram wargami poziomkową słodycz, która spowija jego usta. Czuję jak płoną z pragnienia. Mizuki miał mnie nakarmić, a tymczasem pożerają mnie płomienie, tańczące na jego wargach…
Z zamkniętymi oczyma, zatracam się w rozkosznie palącym bólu. Kiedy je otwieram, stoję w rogu wyściełanych płytkami ścian. Szklane drzwi kabiny przesłania piękne ciało. Czując chłód kafelków, uświadamiam sobie, że pokryte nimi powierzchnie stoją zdecydowanie zbyt blisko siebie. Wszystko dookoła ulega metamorfozie: powietrze tężeje, zmienia się w ciało stałe, Mizuki z anioła staje się demonem. Krew szumi mi w uszach, zawroty głowy zamazują kształty – klaustrofobia wdziera się w moje ciało, pobiela skórę i skrapia ją potem.
Na drżących nogach ruszam w kierunku wyjścia. Niemal natychmiast jego silne ręce popychają mnie na ścianę. Osuwam się na kolana, patrząc na niego błagalnie.
− Mizuki, muszę stąd wyjść… Przecież wiesz, że… − urywam, kiedy chwyta mnie za ramiona i stawia na nogi.
− Nie myśl, że w związku z tym będę cię traktował ulgowo – rzuca, odkręcając wodę.
Ciepły strumień zamyka mi oczy, czuję jego palce na moich nadgarstkach. Jego język zlizuje krystaliczny płyn z mojego policzka.
− Mizuki, proszę…
Gwałtownie łączy swoje wargi z moimi. Jego usta połykają moje protesty.
Czuję zastrzyk pożądania zaaplikowany przez jego zęby, delikatnie wbijające się w moje wargi. Pocałunek zmienia się w narkotyk, od którego uzależniam się całkowicie. Strużka krwi spływa po mojej brodzie i niemalże natychmiast znika w jego gardle.
− To mnie tu miałeś nakarmić, nie siebie – przypominam.
− Wiem, obiecałem i słowa dotrzymam, ale żebyś później tego nie żałował.
Jego słowa odrobinę mnie przerażają, ale staram się nie dać tego po sobie poznać.
− Na razie żałuję, że pozwoliłem ci się tu przyprowadzić.
Mizuki śmieje się cicho. Uwielbiam ten dźwięk. Przypomina srebrne dzwonki kołyszące się na wietrze.
− Proszę, wyjdźmy już stąd…
− Rany, człowieku, jak ty się na co dzień myjesz?
− Zazwyczaj robię to sam – zauważam – no i często korzystam wtedy z wanny.
Wzdycha i ostrożnie wycofuje się z kabiny. Ruszam za nim, a moje nogi drżą, bynajmniej nie z zimna, ponieważ Mizuki rozpalił mnie do granic możliwości. Teraz patrzę jak siada na blacie, zastanawiając się, co zamierza. Po raz drugi tego dnia wyciąga ku mnie swoje ramiona. Podchodzę do niego nieśmiało, ważąc każdy swój krok. Trochę się boję, więc staram się nieco opóźnić nasze zbliżenie, a ponieważ nie mogę tego robić w nieskończoność, po dość krótkiej chwili znajduję się już w jego uścisku.
− Gdzie się podziała twoja pewność siebie? – pyta. – Przed chwilą byłeś gotowy na wszystko.
− Nadal jestem gotowy – zapewniam, mając nadzieję, że nie przejrzy, iż kłamię. Nie chcę, by wiedział, że się boję. Czekam aż to on pierwszy się wycofa. Czekam na powrót mojego anioła.
Sadza mnie sobie na kolanach i wyciera białym puchowym ręcznikiem. Mniejszym suszy moje włosy, które teraz są zupełnie czarne i opadają kosmykami na moje oczy. W lustrze na przeciwległej ścianie widzę swoje odbicie. Jak można się domyślić nie prezentuję się najlepiej – włosy w strąkach okalają moją bladą twarz, która nadal błyszczy się chorobliwie. Drżę na całym ciele zarówno ze strachu, jak i złego samopoczucia.
Mizuki stawia mnie na kafelkach i wyciera moje nogi, celowo omijając krocze. Podobnie czyni z pośladkami, kiedy osusza moje plecy.
Niżej… − proszę w myślach, gdy raptownie zatrzymuje rękę tuż nad granicą, gdzie zaczynają się dwie półkule. Z trudem powstrzymuję cichy jęk.
− Z resztą chyba sam sobie poradzisz, prawda? – mówi, patrząc wymownie na miejsca, które ominął. Uśmiecha się przy tym tak bezczelnie, że nieco rozgniewany wyrywam ręcznik z jego dłoni i sam kończę wycieranie. Następnie owijam się nim i idę do sypialni.
− Królewna się obraziła – słyszę jego śmiech. Wypływa z łazienki dokładnie jak para spod prysznica.
− Nie jestem królewną! – mówię nieco unosząc głos, wywołując tym kolejną salwę śmiechu.
− Ojej, jesteś słodki, kiedy się złościsz. – Mizuki wchodzi do pokoju i natychmiast rzuca się na łóżko. Muszę przyznać, że wygląda niezwykle kusząco w samych dżinsach, które musiał założyć będąc jeszcze w łazience.
Otwieram szufladę komody w poszukiwaniu czegoś na przebranie.
− Co ty robisz? – Mizuki gwałtownie podrywa się do siadu.
− Szukam ubrań. Nie zamierzam cały dzień paradować w ręczniku.
− A czy ja ci pozwoliłem na ubranie się? Nie będę cię znowu rozbierać.
− Masz rację, nie będziesz. I nie potrzebuję twojego pozwolenia.
Wyciągam czarne rurki i zwykły biały T-shirt. Mizuki obejmuje mnie ramionami.
− Powiedziałem, że masz się nie ubierać.
Zrywa ze mnie ręcznik i podnosi do góry zupełnie jakbym nic nie ważył.
− Mizuki, postaw mnie! – krzyczę, wierzgając nogami.
Bez słowa rzuca mnie na łóżko, przez co ląduję twarzą do miękkiej poduszki. Siada na mnie okrakiem i rozciąga się na całej długości mojego ciała, chwytając mnie za nadgarstki.
− Co ty chcesz zrobić? – pytam, nie starając się już ukryć przerażenia.
− Zobaczysz – odpowiada, tajemniczo, przytrzymując mnie tylko jedną ręką. Słyszę, jak rozpina spodnie, by po chwili ocierać się o mnie swoim członkiem.
− Nie, Mizuki, proszę, nie rób tego! – Szarpię się rozpaczliwie.
− Cicho. – Głaszcze mnie po włosach.
− Mizuki… − Nie potrafię powstrzymać płaczu. Łzy spływają obficie po moich policzkach, jakby razem z nimi opuszczało mnie zaufanie do niego. Wtulam twarz w poduszkę, by ukryć jak jestem słaby. Muszę wyglądać wyjątkowo żałośnie, nie chcę dawać mu satysfakcji.
Niespodziewanie wchodzi we mnie, bez żadnego przygotowania. Krzyczę z bólu, próbując wycofać się biodrami. Natychmiast zamyka je w swoich dłoniach. Zaciskam palce na prześcieradle i wgryzam się w poduszkę, żeby stłumić kolejną serię krzyków.
Po dłuższej chwili wypluwam biały materiał i jeszcze raz proszę:
− Przestań…
Nie przestaje dopóki nie osiągnie spełnienia i nie wypełni mnie potwierdzeniem swojego szczytu. Perłowa strużka spływa po udach wraz z moją krwią. Biel miesza się z szkarłatem. Symbol niewinności i grzechu. Jing i jang. Jak ja i Mizuki.