Pokazywanie postów oznaczonych etykietą D'espairsRay. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą D'espairsRay. Pokaż wszystkie posty

27 marca 2015

169. Hot Chocolate cz. VI



Tytuł: Hot Chocolate
Pairing:  Aki x Shindy, Kaoru x Die
Notka autorska: Ostatnio miałam trochę weny i dopisałam odrobinę do Katarynki oraz Hot Chocolate. W poprzednim rozdziale Aki miał pewną sprawę do Kaoru i Die’a. W tej części pojawiają się nowi bohaterowie. 

sadist vampire Yuna.miko: Wiem, że zaglądasz. ^^ Jesteś moją stałą czytelniczką. <3 Przepraszam, że tak długo musiałaś czekać, ale miałam okropny kryzys związany z weną. ;; Shindy głupiutki? Hm… Może i tak. Na pewno naiwny i zbyt zapatrzony w swoich bliskich, w tym przypadku swojego brata. Tak, Shin w lateksie, czyli coś, co Cherry lubi najbardziej. *.*
Reila Suzu: Przepraszam Cię bardzo, że seksu nie było, ale jakoś tak nie miałam chęci tego opisywać. Mam jakąś blokadę i od jakiegoś czasu nie opisuję tych scen. Może niedługo mi przejdzie. Shindy jest bardzo naiwny, niestety. Ja już tak mam, że robię z niego takiego biednego, poczciwego człowieczka. :3
Hakito-san: Dziękuję za komentarz pod ostatnią częścią White Eden. Stęskniłam się za Tobą i muszę przyznać, że zmartwiło mnie Twoje nagłe zniknięcie. Mam nadzieję, że już jest w porządku.

CZĘŚĆ VI
− Nie wiem, naprawdę nie wiem… − powiedział smutno Intetsu, przekreślając po raz kolejny błędny wynik w zeszycie.
− Spróbuj jeszcze raz – zachęcił Hizumi, uśmiechając się delikatnie.
Intetsu spojrzał z powątpieniem na pokreśloną stronę. Nienawidził matematyki, za to uwielbiał dodatkowe zajęcia z Hizumim. Mimo że zdawał sobie sprawę, iż marnuje tylko jego czas i dodatkowo pogrąża się swoim brakiem wiedzy, każda chwila spędzona z nim była przyjemna.
− Tu masz błąd. – Hizumi niespodziewanie przybliżył się do szatyna, objął go ramieniem i poprawił pewien fragment obliczeń. Intetsu zarumienił się, czując jego dotyk. Przecież mógł poprawić ten błąd bezpośrednio, bez wędrowania przez jego plecy… Niemniej jednak ta opcja zdecydowanie bardziej mu się podobała.
Hizumi uśmiechnął się szerzej na widok zaróżowionych policzków chłopaka.
− Zrobimy jeszcze parę zadań i już dam ci spokój – obiecał, sięgając po czystą kartkę.
− Przepraszam, że znów zawróciłem ci głowę tą matematyką – mruknął Intetsu, kiedy szli korytarzem po skończonych korepetycjach. – Okropny ze mnie uczeń. – Spuścił wzrok.
− Hej, nie przejmuj się. Radzisz sobie coraz lepiej.
Intetsu spojrzał na Hizumiego, który zerkał na niego kątem oka. Nagle brunet przystanął.
− Hizumi? – szepnął Intetsu, kiedy palce chłopaka dotknęły nieśmiało jego karmelowych kosmyków.
− Zawsze chciałem ich dotknąć – powiedział Hizumi, bardziej do siebie niż do swojego towarzysza. Opuścił dłoń i odszedł bez słowa, zostawiając zaskoczonego Intetsu, w którego głowie kłębiło się teraz mnóstwo pytań. Przez chwilę stał, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu, wpatrując się w zakręt, za którym zniknął Hizumi.
− Co tak długo dzisiaj? – spytał Reita, kiedy chłopak wszedł do ich wspólnego pokoju. W odpowiedzi mruknął jedynie coś niewyraźnie, odrzucił torbę z książkami obok łóżka, po czym wspiął się na parapet, nawet nie spoglądając na blondyna. – Inu, co jest? – Reita zaczął się niepokoić. – Inu? – powtórzył wymyślony przez siebie pseudonim, którego Intetsu szczerze nienawidził. Rzadko się denerwował, jednak ta nazwa działała na niego jak płachta na byka i gdy tylko Akira nazywał go psem, natychmiast czerwieniał na twarzy i krzyczał, żeby tak się do niego nie zwracać. Z tym, że Intetsu nie potrafił krzyczeć, toteż próby przybrania rozgniewanego tonu wychodziły mu zabawnie i rozczulały Reitę. Tym razem jednak nie było żadnej reakcji, co jeszcze bardziej przeraziło chłopaka. – Intetsu, stało się coś? Widziałeś się z Hizumim, prawda? Zrobił ci krzywdę?
Intetsu odwrócił się gwałtownie w stronę przyjaciela.
− Krzywdę? – powtórzył zaskoczony. – Oczywiście, że nie. Jak mogłeś tak pomyśleć? Jestem po prostu zmęczony. – Powrócił do obserwowania widoku za oknem.
Reita przeniósł wzrok na książkę, jednak nie zwracał najmniejszej uwagi na wydrukowany tekst. Coraz mniej podobały mu się te dodatkowe zajęcia z Hizumim. Intetsu rzadko spędzał przez to z nim czas. Na domiar złego w całą sprawę musiał jeszcze wtrącić się Takashima, który swoimi na pozór niewinnymi gestami, starał się oczarować Intetsu. Akira zatrzasnął książkę i odrzucił ją na bok. Zignorował pytające spojrzenie współlokatora i pospiesznie zamknął się w łazience.
***
Shindy wracał z ostatnich zajęć. Przy drzwiach do jego pokoju stało dwóch chłopaków. Na widok blondyna, zaprzestali rozmowy i uśmiechnęli się do niego.
− Jesteś Shinya, prawda? – odezwał się uczeń o intensywnie czerwonych włosach, a kiedy Shindy skinął głową, przedstawił się: − Zwą mnie Die, a to jest Kaoru. – Wskazał swojego towarzysza. – Może miałbyś ochotę na spacer? Lubimy poznawać nowych uczniów.
− Um… Dobrze – zgodził się Shindy. – Tylko powiem Yoichiemu, że wychodzę…
− Nie ma takiej potrzeby. – Kaoru chwycił Shina pod ramię. – Włos ci z głowy nie spadnie.
Die uczepił się drugiej ręki blondyna i razem opuścili szkolny budynek.
− Dokąd idziemy? – zapytał, kiedy coraz bardziej oddalali się od placówki.
− Chcemy ci pokazać jedno piękne miejsce – wyjaśnił Die.
− Daleko jeszcze? – Shindy spojrzał w niebo, które ciemniało z każdą chwilą.
− Jeszcze trochę.
W końcu zatrzymali się. Miejsce, w którym stanęli było otoczone drzewami i nie wyróżniał go żaden dodatkowy element.
− To jest to piękne miejsce?
− Tak. Zaraz pokażemy ci jego piękno – Shin usłyszał szept Kaoru przy swoim uchu i nim zdążył w jakiś sposób zareagować, został powalony na ściółkę.
Die przytrzymał ręce nad jego głową, natomiast Kaoru usiadł mu na biodrach. Shindy szarpnął się, czym wywołał jedynie śmiech u Die’a, który zacisnął mocniej palce na jego przegubach.
− Puść mnie… − jęknął.
− Oj, Shin-chan, nie bądź taki, chcemy się tylko zabawić. – Kaoru rozpiął spodnie i zbliżył krocze do twarzy przestraszonego chłopaka. – Otwórz usta.
Shinya zacisnął wargi i pokręcił głową. Kaoru pociągnął go mocno za włosy, a kiedy blondyn krzyknął, szybko wepchnął swoje przyrodzenie między jego usta. Shindy zakrztusił się, w oczach stanęły mu łzy. Nie rozumiał, dlaczego był tak traktowany. Przecież nic złego im nie zrobił.
− Rób swoje – mruknął Kaoru, szarpiąc za długie, jasne pasma.
Język Shina sunął po przyrodzeniu chłopaka. Nigdy nie robił takich rzeczy, nigdy nikt go do tego nie zmuszał, nie wiedział zatem jak się do tego zabrać. Kaoru, czując, że Shindy w ogóle nie ma doświadczenia w tego typu sprawach, szarpnął ponownie jego głową, a członek całkowicie zanurzył się w delikatnych ustach. Po policzkach blondyna spłynęły łzy. Nie wytrzymał. Był bardzo wrażliwą osobą i było pewne, że po tym wydarzeniu nie podniesie się tak łatwo. Błagał w myślach, by to wszystko się skończyło. To było zbyt upokarzające, a on zupełnie nie wiedział, czym zawinił, że spotkało go coś tak okrutnego. Wreszcie Kaoru doszedł i odsunął się od niego. Shindy przechylił się na bok na tyle, na ile pozwalały mu ręce Die’a, które wciąż przytrzymywały jego nadgarstki i wypluł spermę.
− Nieładnie. – Kaoru pokręcił głową z dezaprobatą.
− Zostawcie mnie już… − jęknął Shinya.
− Jak sobie życzysz. – Die przerzucił sobie przestraszonego chłopaka przez ramię, po czym postawił go przy drzewie. Kaoru wykręcił jego ręce tak, by oplatały pień, wyciągnął z kieszeni spodni sznurek i owinął nim wątłe nadgarstki.
− Dlaczego to robicie? – Shindy z całych sił próbował się wyrwać.
Die jedynie uśmiechnął się ironicznie i musnął mokry od łez policzek.
− Możesz sobie krzyczeć, ile chcesz i tak nikt cię nie usłyszy.
Odeszli, zostawiając go samego. Krzyczał, płakał, prosił. Szarpał się, jednak jedynym skutkiem były boleśnie obtarte nadgarstki. Niebo było już całkiem czarne, a zimne powietrze owiewało jego sylwetkę. Drżał z zimna i ze strachu. Wzdrygał się na każdy dźwięk. Nagle usłyszał szmer. Zastanawiał się, co to może być. Nie wiedział już czy ma krzyczeć, czy lepiej siedzieć cicho. Jeśli był to człowiek, mógł wykorzystać fakt, że był bezbronny. Z drugiej strony, nigdy się stąd nie wydostanie, jeśli nie zaryzykuje. Kiedy już chciał zawołać, oślepiło go światło.
− Shinya? – Usłyszał znajomy, zaniepokojony głos.
− Aki-sama… − szepnął.
Brunet podbiegł do niego i rozwiązał jego ręce.
− Kto ci to zrobił? – Przytulił roztrzęsionego Shindy’ego.
Shin chciał powiedzieć, jednak bał się, że gdy tylko Kaoru i Die zostaną ukarani, zrobią coś o wiele gorszego.
− Nie wiem, nie widziałem ich.
Aki wziął go na ręce, a blondyn objął ramionami jego szyję i wtulił się w niego. Potrzebował teraz poczucia bezpieczeństwa, a ciepłe i silne ciało Akiego właśnie tego dostarczało.
− Nie bój się, maleńki. Zaraz będziemy na miejscu – szepnął uspokajająco.
Biały snop oświetlił ich sylwetki. Shindy przesłonił oczy dłonią.
− Mam go! – zawołał Aki do postaci, trzymającej latarkę.
− Jest ranny?
Shindy drgnął, słysząc głos Natsukiego. Brzmiał tak, jakby chłopak był zaniepokojony.
− Nie, jest wyziębiony i przestraszony.
− Zaniosę go do pielęgniarki. – Natsuki zbliżył dłonie do ciała Shindy’ego, jednak Aki przycisnął go mocniej do siebie.
− Ja to zrobię. Ty zadzwoń do Tatsuro i poinformuj, że go znalazłem. – Wyminął Natsukiego i udał się do budynku. Nie poszedł jednak do gabinetu pielęgniarki, ale do swojej sypialni, gdzie położył na półprzytomnego Shindy’ego na łóżku.
Blondyn podniósł lekko głowę i zapytał cicho:
− Gdzie ja jestem?
− W moim pokoju.
− Ale przecież…
− Cii… − Aki zdjął z niego marynarkę i zabrał się za rozpinanie koszuli. – Tu ci będzie lepiej.
− Co robisz? – Shindy drżącą dłonią chwycił w słaby uścisk rękę Akiego.
− Chcę cię przebrać w coś cieplejszego.
− Sam sobie poradzę – zapewnił Shindy.
Brunet przewrócił oczami i podszedł do szafy, by wybrać ubrania dla Shina. Chłopak rozebrał się i szybko założył grubą bluzę, spodnie od dresu i skarpetki.
− Dziękuję – szepnął, kiedy Aki okrył go szczelnie kołdrą.
− Nie ma za co. – Pogładził jego jasną grzywkę, kiedy dostrzegł, że coś bieli się w kąciku ust Shinyi. – Co to jest? – Starł strużkę kciukiem. Shindy zacisnął powieki, spod których wypłynęły łzy. – Co oni ci zrobili? – Domyślał się, co mogło się wydarzyć. Jeśli Kaoru i Die zmusili go do tego… Mieli go tylko nastraszyć i przywiązać do drzewa, żeby Aki później mógł go odnaleźć i zabrać do siebie. Zacisnął dłonie w pięści. − Poczekaj tu na mnie, pójdę zrobić herbatę. – Opuścił pomieszczenie, zamykając drzwi na klucz, tak na wszelki wypadek. Nie chciał, żeby Shindy mu teraz uciekł. Nie po to wymyślił całą tę akcję z zaciągnięciem do lasu. Z Kaoru i Die jeszcze porozmawia, ale to później, teraz najważniejszy był Shindy.
Blondyn wpatrywał się w drzwi. Dlaczego Aki go zamknął? Skulił się na łóżku, owijając bardziej kołdrą. Po jakimś czasie usłyszał szczęk zamka, poderwał głowę.
− Dlaczego mnie zamknąłeś?
− Żeby nikt tutaj nie wszedł. To byli pewnie jacyś uczniowie, nie chcę, żeby ponownie zrobili ci krzywdę. – Postawił na stoliku kubek i usiadł na brzegu łóżka. Obserwował jak drżące palce Shinyi obejmują naczynie. Szerokie rękawy za dużej bluzy zsunęły się, odsłaniając obtarte nadgarstki. Aki zagryzł wargę. Nie kazał im przecież zrobić tego aż tak mocno. Zaznaczył, że mają być wobec niego delikatni. Zawsze muszą wykorzystać sytuację.
Shindy pił powoli herbatę, czując, że ogarnia go coraz większa senność. Kiedy skończył, odstawił kubek na stolik i ostrożnie zsunął się z łóżka.
− A ty dokąd? – Aki natychmiast zagrodził mu drogę.
− Do swojego pokoju.
− Nie ma mowy. Zostajesz tutaj. Nie zasnę z myślą, że ci idioci mogą coś jeszcze zrobić. – Popchnął go lekko na posłanie.
− Ale…
− Żadnych „ale”. Śpisz u mnie. – Brunet zdjął buty i położył się obok Shindy’ego. Przycisnął go ramieniem do materaca i przyciągnął do siebie, żeby mieć pewność, że chłopak nie ucieknie, kiedy on zaśnie.
Shinya nie miał już siły się sprzeciwiać. Powieki robiły się coraz cięższe aż w końcu opadły, a on zasnął w objęciach Akiego.

21 kwietnia 2013

24. Illness (Hyde x Hizumi)




Tytuł: Illness
Pairing: Hyde x Hizumi
Autor: Black Cherry
Od autora: Hm… Kiyo x Taku chyba Wam nie przypadło do gustu… Za długa scena łóżkowa? Zbyt szczęśliwie? Okej, skoro taki Wam nie odpowiada, macie coś smutnego.
WAŻNE: Z ShiNdą myślimy nad zawieszeniem bloga. Tak naprawdę, ile osób to czyta? Dwie? W porywach znajdą się trzy. Prawda jest taka, że wszyscy wolą opowiadania o the GazettE. Kogo obchodzi jakieś mało znane RoyZ czy Anli Pollicino? Nasz blog miał opisywać losy gwiazd Jrocka. JROCKA. Otóż Jrock to nie tylko the GazettE. ShiNdzie kończą się pomysły, obydwie nie mamy motywacji. Ja mam dużo tekstów, ale po co je wstawiać, skoro nikt się nimi nie interesuje, skoro nie występują w nich członkowie the GazettE?

10 października
Dawno do Ciebie nie pisałem… Wybacz, to z jego powodu. Nie obwiniam go o to. Po prostu on jest teraz dla mnie całym światem. Wiesz, jak to jest kiedy ktoś staje się dla Ciebie całym światem, Karyu? Mam nadzieję, że szybko się przekonasz. To cudowne uczucie.
Poznałem go przez przypadek. Wybiegłem z bloku, spiesząc się na próbę. Jak zwykle byłem spóźniony. Zawsze odkładam wszystko na ostatnią chwilę, a potem w biegu robię makijaż, aby jako tako wyglądać, pakuję swoje rzeczy i wybiegam z mieszkania omal nie zapominając o zamknięciu drzwi. Dziś nie zdążyłem zrobić makijażu.
Podbiegłem do krawężnika. Nie zauważyłem kałuży znajdującej się zaraz przy nim. Jakiś samochód centralnie w nią wjechał, rozpryskując brudną wodę, która wylądowała na moim ubraniu. Zacząłem obrzucać kierowcę obelgami, wygrażając pięściami pojazdowi, który zatrzymał się raptownie. Opuściłem ręce i zamarłem. Z samochodu wysiadł mężczyzna. Brązowowłosy i smukły. Podszedł do mnie i zaczął przepraszać.
− Dobrze, dobrze, nic się nie stało.
Wyjął z kieszeni paczkę chusteczek i podał mi je.
− Dziękuję. – Wziąłem jeden ze złożonych białych kwadratów i zacząłem nim wycierać brunatne plamy z odzieży.
− Wybierał się pan gdzieś?
− Tak – odparłem, zgniatając chusteczkę w dłoni i wyrzucając ją do kosza.
− Może w ramach przeprosin podwiozę tam pana?
− Nie, nie chcę robić kłopotu…
− Ale to żaden kłopot.
Spojrzałem na zegarek. Próba miała zacząć się za pięć minut. Gdybym zgodził się i podjechał samochodem, miałem szansę zdążyć. Z drugiej strony, nie byłem pewien, czy pojawienie się na próbie o czasie jest warte takiego ryzyka. Nie znałem tego mężczyzny. Nie wiedziałem, co zamierza. Przypomniały mi się Twoje napady złości, kiedy któryś z nas się spóźnił i to pomogło mi w podjęciu decyzji. Wsiadłem do samochodu zupełnie obcego mi mężczyzny. A że stanie się on najważniejszą osobą w moim życiu miałem dowiedzieć się dopiero później.
− Dokąd jedziemy? – zapytał, odpalając auto.
Podałem adres, na co on pokiwał głową i zadał kolejne pytanie:
− Gra pan w zespole?
− Tak, D’espairsRay. Zna pan może?
− Znam, znam.
Uśmiechnąłem się delikatnie.
Nie pamiętam o czym dokładnie rozmawialiśmy. Pamiętam za to, że uważnie obserwowałem jego poruszające się usta. Wiedziałeś, Karyu, że można tak długo przyglądać się wargom? Patrzyłem jak jego palce zaciskają się na kierownicy i wyobrażałem sobie, że na jej miejscu znajdują się moje ramiona. Jakże wtedy pragnąłem, by to mnie trzymał, nie to koło. Żałowałem, że nie zacząłem szykować się wcześniej. Wtedy zdążyłbym zrobić makijaż. Żałowałem, że miałem na sobie jedynie za duży czarny sweter i poszarpane rurki. Żałowałem, że swoje włosy przeczesałem jedynie grzebieniem, a nie postanowiłem zrobić jakiejś porządnej fryzury. Ale i tak było już po fakcie, więc nie warto było sobie wypominać, że wyglądałem jak flejtuch, podczas gdy obok mnie siedział najprzystojniejszy mężczyzna na świecie.
Niestety podróż nie mogła trwać w nieskończoność i po jakimś czasie dotarliśmy na miejsce. Zaparkował samochód i przybliżył się do mnie, by szeptem poinformować, że założyłem sweter na lewą stronę. Zarumieniłem się, ale podziękowałem mu, w myślach analizując sytuację, która mogłaby mi się potem przytrafić – jak nic obgadywalibyście mnie cicho, śmiejąc się, że nie potrafię się nawet ubrać. Zdjąłem odzież przez głowę, wywróciłem na odpowiednią stronę i założyłem ponownie. O dziwo zawstydziła mnie jego uwaga na temat źle założonego swetra, a fakt, że przez chwilę siedziałem przy nim do połowy nagi, już nie.
Jeszcze raz podziękowałem i pożegnałem się. W odpowiedzi przeprosił za ochlapanie moich ubrań. Szczerze mówiąc, zaintrygowany jego osobą, zdążyłem o tym zapomnieć. Niechętnie opuściłem ciepłe wnętrze samochodu i ruszyłem okrytą srebrzystą mgłą ulicą. Na próbę dotarłem kilka minut po czasie. Nie nakrzyczałeś na mnie, tylko od razu zabraliśmy się do pracy. Za nic nie mogłem się wtedy skupić. Głowę miałem wypełnioną nim po brzegi. Każda myśl dotyczyła jego. Kim jest? Jak ma na imię? I wreszcie, czy kiedykolwiek się jeszcze zobaczymy?
Kiedy próba dobiegła końca, budynek opuściłem ostatni. Stał oparty o drzwi samochodu i, z rękoma schowanymi w kieszeniach ciemnych dżinsów, przyglądał mi się. Jego widok przyspieszył rytm mojego serca. Czy wiedziałeś, Karyu, że serce może tak szybko i niemiarowo bić? Ja też nie, dopóki sam tego nie doświadczyłem.
Podszedłem do niego na drżących nogach. Nie trząsłem się z powodu zimna. To była mieszanina podniecenia i niepewności.
− Zapomniałem się przedstawić. – Uśmiechnął się rozbrajająco. – Hyde.
− Hizumi − odparłem, również się uśmiechając.
Wieczorem w restauracji, miałem misternie ułożone włosy, delikatny makijaż oraz schludne ubranie, założone na prawą stronę.
Kiedy odwoził mnie do domu taksówką, modliłem się, by coś pomogło mojej nieśmiałości. Żeby niespodziewanie pojawił się jakiś zakręt, dzięki któremu zostanę popchnięty w jego ramiona. Aż w końcu moje prośby zostały wysłuchane.
20 października
Teraz staram się pisać częściej. Po części dlatego, że muszę Ci o wszystkim opowiedzieć, a nie umiem przekazać Ci tego wprost.
Jest bardzo piękny. Jak nierealne marzenie. To brzmi naiwnie, Karyu, wiem. Ale co ja poradzę, skoro inaczej nie da się go określić? Ma farbowane na brąz włosy, które zmienia w delikatne fale. Ma też najpiękniejsze czekoladowe oczy, jakie kiedykolwiek widziałem. Jego zapach w ciągu dnia ulega metamorfozie – pachnie inaczej rano, a inaczej wieczorem. Rano jego woń jest delikatna i świeża. Wieczorem ciężka i bardziej męska i to właśnie ten zapach jest moim ulubionym.
Przemianie ulega nie tylko jego woń, ale i zachowanie. Rano jest subtelny i zamyślony. Trochę zamknięty w sobie, otoczony hermetyczną barierą. Wieczorem ta bariera pęka i ulatuje w delikatnych odpryskach. Na ten moment warto czekać cały dzień. Zwłaszcza, że w sposób nie do końca delikatny okazuje mi, jak ważny dla niego jestem.
Jego wargi przypominają płatki róży. Są tak samo czerwone i tak samo delikatne. Kiedy rano się zamyśla, przygryza je delikatnie. Kiedy wieczorem mnie całuje są skropione czerwonym winem, które dopiero co razem piliśmy. Jak róża zroszona rosą. Widziałeś kiedyś różę zroszoną rosą w październiku? Ja dzięki niemu tak.
Wiedziałeś, Karyu, że podczas namiętnego seksu można wyszeptywać krzyki? My robimy tak co wieczór, aby nie naruszyć tej cudownej aury, która nas otacza. Aby nie przerwać tej ciszy. Chcę słyszeć tylko jego przyspieszony oddech. Nic więcej. Już sam ten dźwięk działa na mnie pobudzająco. A co dopiero, gdy drażni mój czuły punkt…
Zawsze, gdy jest już po wszystkim, zasypiamy razem. Ale kiedy się budzę, jestem sam. Hyde też jest muzykiem. Też ciężko pracuje, dlatego wczesnym rankiem opuszcza dom i udaje się do wytwórni. Ale przecież ja też się tym zajmuję. Wiem, jak to jest. Więc dlaczego, Karyu, nie mogę się przyzwyczaić do pustej lewej strony łóżka, gdy otwieram oczy?
Hyde ma bardzo irytujący telefon komórkowy, który rzadko milczy. Non stop dzwoni do niego ktoś z wytwórni. Nigdy go nie ignoruje, ale zawsze wynagradza mi to pieszczotami.
21 października
Wyjechał. Ma trasę koncertową. Wróci za jakiś miesiąc. Nieustannie gdzieś wyjeżdża. Tak naprawdę nie ma na świecie miejsca, które mógłby nazwać swoim domem. Zapytałem go kiedyś, gdzie teraz mieszka. Odparł, że tymczasowo w Tokio.
Odliczam dni do jego powrotu. Tęsknie za nim, Karyu…
22 listopada
Wrócił wczoraj wieczorem. Ku mojej uciesze nie pojechał do swojego domu, tylko od razu do mnie. Świadczyła o tym ogromna walizka, którą zostawił w przedpokoju. Specjalnie nie zamknąłem dziś na noc drzwi. Wiedziałem, że i tak nie zasnę w oczekiwaniu na jego powrót. Wszedł do mojej sypialni i położył się przy mnie na łóżku. Leżałem odwrócony do niego plecami. Najpierw całował mój kark i włosy, a potem, nie mogąc już wytrzymać, czując jak pożądanie niemalże mnie rozrywa, obróciłem się w jego kierunku i złączyłem nasze wargi, jednocześnie pozbywając się jego ubrań…
Rano jedliśmy wspólne śniadanie. To nasz pierwszy raz. Zdążyliśmy się już kochać wiele razy, ale to nasz pierwszy poranny posiłek… W zamyśleniu, sączył kawę z kubka. Kiedy co jakiś czas odstawiał naczynie na stół, przygryzał wargi, tak jak to ma w zwyczaju. Nie patrzył na mnie, tylko w przeciwległy kąt kuchni. Obserwowałem go, jedząc śniadanie. Nie spieszyliśmy się. To nasz pierwszy raz, kiedy nie musimy się nigdzie spieszyć. Wreszcie spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie. Ten uroczy uśmiech i potargane włosy stworzyły najsłodszy obraz jaki kiedykolwiek widziałem.
Ponieważ mamy dziś wolne, cały dzień spędziliśmy razem. Powiedział, że jestem najważniejszym mężczyzną w jego życiu. Zapytałem, czy zdarzyło mu się powiedzieć to jeszcze innej osobie. Z jego ust padło ciche „tak”. Opowiedział mi o nim. Miałem wtedy przed oczami dokładny obraz jego byłego kochanka. Ze szczegółami oddał w słowach jego wygląd, jego zachowanie. Ponoć miał włosy czarne jak heban, a kiedy coś go rozgniewało zabawnie marszczył nos. Ich miłość trwała dopóki na horyzoncie nie pojawiło się zagrożenie pod postacią dość wysokiego bruneta, który oczarował jego kochanka. I on odszedł. Ale rozstali się w zgodzie, są przyjaciółmi. Hyde dostaje telefon od niego w każde swoje urodziny. Wiesz, Karyu, chciałbym, żeby ten chłopak o hebanowych włosach już nigdy do niego nie zadzwonił. Nigdy!
1 stycznia
Nad naszym szczęściem prostym i oczywistym musiała jednak unosić się złowroga mgła.
Nie pisałem do Ciebie, ale dziś to naprawię. Wiem, że się niepokoisz. Co u mnie? Powiem krótko: jest do dupy. A dlaczego jest do dupy? Do dupy jest dlatego, że od rana pada deszcz, a taka pogoda ani trochę nie nastraja optymistycznie. Do dupy jest, ponieważ Hyde wyjechał wcześnie do wytwórni i nie będzie go przez cały dzień. Z jednej strony rozpaczam, a z drugiej się cieszę. Od kiedy poznał wyniki testu, traktuje mnie jak intruza. Do dupy jest, ponieważ i ja poznałem wyniki. O jakim teście mówię? Chodzi o test na HIV. Jest pozytywny. Karyu, mam AIDS…
2 stycznia
Hyde zaczął myć dokładnie naczynia zanim z nich korzysta. Robi to w lateksowych rękawiczkach. Nigdy wcześniej nie używał ich do zmywania naczyń. Ba, nigdy wcześniej ich nie kupowaliśmy.
Moje życie polega teraz na chodzeniu do lekarza. Zawsze jakieś zajęcie, a nie siedzenie w domu i zamartwianie się, że nie dość, iż mam śmiertelnego wirusa, to na dodatek najważniejsza osoba w moim życiu mnie nienawidzi. I wcale tego nie wywnioskowałem z jego oziębłego zachowania, czy jego ignorowania mojej osoby. Powiedział mi to. Patrząc mi prosto w oczy warknął „nienawidzę cię”. Zabolało, tak cholernie mocno zabolało. I boli nadal, ale teraz patrzę na to z innej strony: nienawiść to zawsze jakieś silne uczucie. Gdyby jedynie mnie ignorował, czułbym się jak trup, włóczący się po mieszkaniu bez celu.
Kolejną rzeczą, która mnie zabolała było jego przeniesienie się na kanapę. Chciałem mu wytłumaczyć, że nie zarazi się przez dotyk, ale nie wiedziałem, jak się za to zabrać. On i tak wie swoje. Boję się, że niedługo zechce się wyprowadzić. Boję się tego, Karyu, jak niczego innego…
4 lutego
Niech to paskudztwo, które we mnie jest nareszcie się na coś przyda i zabierze mnie stąd! Dłużej już nie wytrzymuję… Z ulgą przyjąłem do wiadomości widok pustej kanapy w salonie, kiedy wstałem rano z łóżka. To oznaczało, że nie będę znowu traktowany jak przedmiot i mogę się w spokoju rozpłakać. Zawsze przy nim się powstrzymywałem, co przychodziło mi z trudem. Wiem, że on nienawidzi moich łez, trochę mniej niż mnie, ale nienawidzi. Rozpłakałem się przed nim tylko raz, a on wrzeszczał, że mam przestać ryczeć. Kiedy nie przestawałem, podszedł do mnie i uderzył mnie w twarz. Zamarłem, szok zahamował mój szloch. Chwycił mnie za nadgarstki i wycedził, jak bardzo mnie nienawidzi, jak się mną brzydzi, jaki jestem żałosny. Dotknął mnie po raz pierwszy od dawna. Nie był to dotyk, który sobie wymarzyłem, ale przynajmniej nie wzdrygał się ze wstrętem. A może to był tylko odruch, a on nie był świadomy kontaktu jego palców z moją skórą? A kiedy już ochłonął, może dokładnie wyszorował ręce? Nie wiem tego, Karyu. Nic już nie wiem.
9 lutego
Nastał dzień, którego się obawiałem. Wiedziałem, że kiedyś to nastąpi, ale jak dla mnie i tak przyszło to za szybko. Hyde się wyprowadził. Wrócił do swojego mieszkania, w którym będzie bezpieczny, w którym nie będzie musiał myć czystych naczyń przed każdym posiłkiem, w którym będzie mógł spać w swoim łóżku, a nie na kanapie, po którym nie będzie krążył roznosiciel wirusa.
Hyde odszedł, zabierając ze sobą wszystkie wspomnienia. Nie czuję już nawet jego zapachu na poduszce. Wywietrzał… Mój dom bez niego jest pusty. W nocy nie śpię. Leżę wtulając się w czarny sweter, który przed wypraniem zdobiły plamy brunatnej wody z kałuży. Czasami żałuję, że go wyprałem. Zawsze zostałyby po nim jakieś wspomnienia. A potem przypominam sobie, jakie te wspomnienia są bolesne i dziękuję samemu sobie, że zdecydowałem się je usunąć. Dziękuję również jemu, że zniknął z mojego życia cały. Że zatarł po sobie ślady
Nasza historia się skończyła, Karyu. Nie mam już niczego z czym mógłbym się z Tobą podzielić. Odszedłem z zespołu, ale dalej chcę utrzymywać z Wami kontakt, szczególnie z Tobą.
Ostatnio znalazłem jego wizytówkę na podłodze. Wpatrywałem się w nią przez chwilę, a potem rozpłakałem się. Łzy skapywały na biały kartonik, znacząc go popielatymi kropkami. Jak to możliwe, by coś tak małego przypominało o najpiękniejszych chwilach w moim życiu? Jak to możliwe, Karyu, by te najpiękniejsze chwile przynosiły tyle cierpienia?
Kiedy już podarłem ten raniący mnie kawałek papieru, zadzwoniłem do biura podróży i zarezerwowałem bilet do Francji. W jedną stronę.



17 kwietnia 2013

22. Poddasze (Zero x Shindy)



Tytuł: Poddasze
Pairing: Zero x Shindy
Autor: Black Cherry
Od autora: Tak, znowu ja. Pewnie już tęsknicie za ShiNdą, co? Ale nie martwcie się, postaram się, żeby coś wstawiła. Jeszcze kilka rysunków ode mnie: 
Na zdjęciu pewnie za dobrze tego nie widać, ale 
on ma tu łapki owinięte stokrotkami.  


Przyznaję bez bicia, że akwarelami malowałam
dawno, dawno temu... 





W Tokio pada śnieg. Chłód wciska się przez najdrobniejsze szczeliny w dachu i osiada na mojej skórze. Ten dach to jedyna rzecz, która chroni mnie przed zimnem, jednocześnie odgradzając mnie od reszty świata. Nie wiem, ile tu jestem. Wydaje mi się, że od zawsze. W głowie kwitną jakieś niewyraźne wspomnienia. Przypominam sobie, jak kiedyś zasnąłem na kanapie w twoim salonie, a obudziłem się tutaj. I już więcej nie pozwoliłeś mi stąd wyjść.
Każdy mój dzień jest taki sam. Wstaję, myję twarz zimną wodą, którą zostawiasz mi w misce, jem przyniesiony przez ciebie posiłek i czekam. Czekam aż przyjdziesz ponownie, by zrobić mi krzywdę, by częstować się moim bólem. Uwielbiasz to robić.
Kulę się na podłodze, owijając ciasno cienkim kocem. Dzięki niemu mogę się ogrzać, oprócz tego jest jedynie za duża, podziurawiona koszulka, którą mam na sobie. Kiedyś była biała, teraz jest szara, gdzieniegdzie ozdobiona szkarłatnymi plamami. Codziennie tych plam przybywa, pojawiają się nowe. Nazywasz je pamiątkami, pamiątkami po tych wszystkich gwałtach i torturach, które mi zadajesz.
Jestem mizerną stokrotką, którą zamknąłeś na poddaszu, odcinając ją od świata. A ile można wytrzymać z dala od innych kwiatów? Wpajasz mi, że to dla mojego dobra, że tak musi być. Ale ja… ja nie mogę pogodzić się z tym, że tak ma już zawsze wyglądać moje życie.
Wchodzisz po schodach. Zaciskam powieki; jesteś coraz bliżej. Otwierasz drzwi.
− Witaj, kwiatuszku.
− W-witaj – odpowiadam, przyglądając się tobie. Gdybym nie odpowiedział, natychmiast byś mnie ukarał.
− Jak się dziś czujemy? – Uśmiechasz się i pochylasz nade mną.
− Dobrze – kłamię. – Ale proszę nie rób mi nic dzisiaj. – Dotykasz palcami mojego policzka. – Ja nie chcę. – Znów zamykam oczy i drżę na całym ciele.
Milczysz. Spoglądam na ciebie, bojąc się, że rozgniewałem cię swoją prośbą. Przyglądasz mi się, a twoja twarz nie wyraża żadnych emocji. Przenosisz rękę na moje włosy, które zaczynasz delikatnie gładzić.
− Nie rób mi krzywdy – proszę ponownie, mając nadzieję, że chociaż raz mnie posłuchasz.
− Proś, kwiatuszku, proś – mówisz, podciągając moją koszulkę.
− Nie – cichy jęk wymyka się z mojego gardła. – Nie, proszę…
− Cii – twój uspokajający ton jest nie do zniesienia. Niepotrzebnie daje mi nadzieję na to, że dzisiaj mi odpuścisz.
Przesuwasz długim, naostrzonym paznokciem po moich plecach. Drżę od twojego dotyku. Wiem, że niewiele potrzeba byś przeciął skórę.
Kiedy zza paska wyciągasz długi, ostry nóż, instynktownie podrywam się z podłogi i ignorując ból, biegnę ku drzwiom.
− Naiwny, głupiutki Shin-chan. – Kręcisz głową, podchodząc do mnie powoli, podczas gdy ja siłuję się z klamką. – Nadal wierzysz, że mi uciekniesz?
Osuwam się na deski.
− Otwórz je – szepczę błagalnie.
− Nie zrobię tego, kwiatuszku.
− Proszę. Chcę stąd wyjść, chcę wrócić do domu.
− Powiedziałem nie! – unosisz głos. Chwytasz mnie za ramię i zaciągasz na środek pomieszczenia.
− Zostaw mnie. – Próbuję się wyrwać, ale nie mam już siły.
Leżę na brzuchu, czekając na ciąg dalszy. Siadasz na moich biodrach i przystawiasz zimne ostrze do moich pleców. Z trudem łapię powietrze. Przymykam powieki, szykując się na najgorsze. Nacinasz moją skórę, z ranki wypływa krew. Zaraz zsunie się po moim boku i wyląduje na podłodze. Następne cięcie, kolejny szkarłatny strumyczek. Czerwień na bladej skórze – uwielbiasz ten kontrast. Kolejne, tym razem głębsze. Muskasz obrażenie palcem. Jęczę z bólu, zaciskam zęby, odwracam głowę i widzę jak zlizujesz szkarłatne krople z opuszka.
− Jesteś tak słodki, że chyba cię zaraz zjem, kwiatuszku. – Kolanem rozchylasz moje uda. Wiem, co to oznacza.
− Proszę, przestań. – Staram się zacisnąć nogi, na co rozwierasz je jednym zdecydowanym ruchem rąk.
Rozpinasz swoje spodnie i zsuwasz je. Wchodzisz we mnie niespodziewanie i zaczynasz się od razu gwałtownie poruszać. Nie dajesz mi czasu, bym się do ciebie przyzwyczaił. Nigdy nie dajesz mi na to czasu. Liczysz się tylko ty i twoje pożądanie. Nic więcej.
Nożem rysujesz na moich plecach krwawe wzory, jakby moja skóra była twoją tablicą. Niestety tych śladów nie da się tak łatwo zetrzeć. I nie mówię tu jedynie o bliznach, które pozostawi błyszczące ostrze, ale również tych, które odcisną się na mojej psychice.
Płaczę z bólu i upokorzenia. Krzyczę, modląc się, by ktoś mnie usłyszał. Nikt się nie pojawi, nikt ci w tym nie przeszkodzi. Nigdy stąd nie wyjdę. Już zawsze pozostanę w tym teatrze na strychu, odgrywając rolę twojej dziwki. Będę twoją bezwolną kukłą, sterowaną za pomocą sznurków, które dzierżysz w dłoniach.
Wymierzasz mi kolejne pchnięcia, zanurzając się we mnie coraz głębiej. Przyspieszasz. To boli, ale jednocześnie daje mi znać, że jesteś bliski szczytu, że już nie wytrzymujesz i chcesz jak najszybciej osiągnąć spełnienie. W końcu dochodzisz z przeciągłym jękiem na ustach i opadasz na mnie, oddychając szybciej. Moja krew miesza się z twoim nasieniem.
− Jesteś cudowny, kochanie – mruczysz mi do ucha.
Wstajesz i zakładasz spodnie.
− Do zobaczenia jutro, kwiatuszku – mówisz, przystając w progu, po czym wychodzisz i zamykasz drzwi.