Pokazywanie postów oznaczonych etykietą An Cafe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą An Cafe. Pokaż wszystkie posty

11 czerwca 2015

173. Hot Chocolate cz. VIII



Tytuł: Hot Chocolate
Pairing:  Kenzo x Yumehito
Notka autorska: Robię z Kenzo potwora. ;; Najciekawsze jest to, że Kenzo to pierwszy japoński muzyk, który mnie zauroczył. A za Yumehito nie przepadam. Połączyłam go z Kenzo tylko dlatego, że często robili fanservice, kiedy grali w Ayabie.
sadist vampire Yuna.miko: Nie, Shindy nie jest łatwy. :3 Oczywiście, że nie jest. Wiem, wiem, dużo tych związków. Jeden kocha drugiego, który kocha trzeciego, a trzeci kocha pierwszego itd. xD Jakby co zrobiłam taką rozpiskę, kto obecnie jakimi uczuciami kogoś darzy. ^^ Mam nadzieję, że to trochę ułatwi sprawę. :3
Reila Suzu: Ja też jestem taką sierotą jak Shindy. ^^" Cieszę się, że przypadła Ci do gustu postać Many. :3

 Obecnie tak wyglądają relacje między naszymi bohaterami. ^^ Wraz z biegiem wydarzeń będę wprowadzać zmiany.

 CZĘŚĆ VIII
Jakiś czas jeszcze szukali, chociaż każdy z nich oprócz Miyaviego wiedział, że to bezcelowe i nigdy nie odnajdą pokoju Shinyi, kiedy nagle Mana dostrzegł jak kilka metrów przed nimi przemknęła drobna postać o charakterystycznie podpiętych blond-rudawych kosmykach. Pociągnął znacząco Miyaviego za rękaw i wskazał na zakręt, gdzie zniknął Shindy.
− Shindy! – zawołał Miyavi.
Chłopak cofnął się, słysząc swoje imię.
− Miyavi. – Uśmiechnął się na widok znajomej, życzliwej twarzy.
− Właśnie cię szukaliśmy, żebyś wypił z nami herbatę.
− Ojej, to naprawę miłe. – Ten gest bardzo zaskoczył Shindy’ego. Nie sądził, że osoby, które widział tylko raz w życiu zrobią mu taką niespodziankę. I jeszcze zaangażowali się w to uczniowie, których nie znał.
− To jest Intetsu, Reita i Uruha. – Miyavi wskazał po kolei pozostałych kolegów. – Przyszlibyśmy wcześniej, ale nie wiedzieliśmy, gdzie jest twój pokój – zakłopotał się odrobinę, jednak zaraz się rozpromienił: − Ale nic, lepiej późno niż wcale. Może herbata jeszcze nie jest taka zimna. Chodźmy.
Shindy zaprowadził ich do swojej sypialni, gdzie siedział Yoichi w towarzystwie Masatoshiego i Bou.
− Shindy-sama. – Bou natychmiast wstał i ukłonił się nisko.
− Bou, nie musisz się tak do mnie zwracać – zaśmiał się Shindy.
Usiedli wokół niskiego stolika. Miyavi rozlał herbatę do filiżanek, niechcący wylewając odrobinę na Manę.
− Przepraszam – szepnął, zestresowany. – Bardzo przepraszam, nie chciałem.
Twarz Many jak zwykle nie wyrażała żadnych emocji. Już chciał sięgnąć po notes i wyzwać chłopaka od idiotów, kiedy zerknął na niego i po raz pierwszy dostrzegł w jego oczach przygnębienie. Smutek tak wyraźnie malował się w źrenicach, czyniąc twarz posępną, że w brunecie coś pękło. Teraz wiedział tylko jedno – nie chciał już nigdy więcej widzieć Miyaviego w takim stanie. Pragnął, żeby zawsze był szczęśliwy. Nie będąc do końca pewnym, co robi, położył dłoń na ramieniu kolegi, niemalże się przy tym pokrzepiająco uśmiechając. Miyavi spojrzał w jego oczy i uniósł niepewnie kąciki ust.
− Nie jesteś zły?
Mana pokręcił przecząco głową. Uśmiech Miyaviego się poszerzył, jego oczy błyszczały. Mana mimowolnie zrobił to samo, zdecydowanie subtelniej niż Miyavi, ale i tak wywołał tym niemałe zaskoczenie u reszty.
− No, no, skoro nasz Mana już się uśmiecha, to może niedługo zacznie mówić – powiedział Reita.
„Spadaj…” – Mana raptownie spoważniał.
Pili zimną herbatę, rozmawiali. W tak miłym towarzystwie Shindy zapomniał o tym co spotkało go ze strony Kaoru i Die’a oraz o zaborczym Akim. Z rozbawieniem słuchał przekomarzań Reity i Uruhy, którzy za wszelką cenę starali się zdobyć uznanie Intetsu. Widział, że chłopak jest nieco zakłopotany ich zachowaniem. Sam również czuł się niezręcznie, kiedy Yoichi pakował mu do ust kolejne ciasteczka, a Bou bawił się jego włosami. Zwłaszcza, że widział to tęskne spojrzenie Masatoshiego, brutalnie zignorowane przez współlokatora.
− Yoichi, Bou, zostawcie Shina. On nie jest zabawką. – Masatoshi starał się jakoś uratować Shindy’ego przed zagłaskaniem na śmierć. Mimo że był zazdrosny o sympatię jaką Yoichi darzył Shinyę, naprawdę go polubił.
Chłopcy jednak nie zwrócili na to uwagi i dalej robili swoje, przy okazji kłócąc się o chłopaka.
− Przestań szarpać go za włosy – warknął Yoichi. – Powyrywasz mu je.
− Nie powyrywam – oburzył się Bou. – Tylko go głaszczę. Prawda, Shindy-sama? Powiedz, że jest ci przyjemnie. To ty go faszerujesz tymi ciasteczkami. Pewnie już mu jest niedobrze.
− Na pewno jest głodny. Jest taki chudziutki. Muszę o niego dbać.
Mana jak zwykle siedział cicho, w spokoju popijając herbatę. Co jakiś czas zerkał na Miyaviego, na tyle ostrożnie by ten go nie przyłapał.
Czas minął im szybko i nawet nie zauważyli, kiedy zrobiło się tak późno, że wypadałoby iść spać. Uruha i Reita postanowili iść razem z Intetsu, Miyavi i Mana oddalili się w swoją stronę. Masatoshi wrócił do sypialni sam. Został tylko Bou, który nerwowo marszczył palcami materiał czarnych spodni.
− Shindy-sama, czy mógłbyś mnie odprowadzić? – zapytał cicho.
− Shin-chan jest zmęczony – powiedział szybko Yoichi.
Bou spuścił głowę, zasmucony.
− Nie no, odprowadzę cię. – Shindy uśmiechnął się do blondyna i razem opuścili pokój. Szli korytarzem oświetlonym teraz licznymi lampami.
− No proszę. Dwie cioty. Muszę przyznać, że idealnie się dobraliście. – Shindy rozpoznał ten głos, chociaż miał okazję usłyszeć go tylko raz. Jak zwykle ociekał jadem i kpiną. Odwrócił się w stronę Kenzo, obok którego stał niższy chłopak.
− Kenzo, daj spokój…
− Zamknij się, Yumehito. – Podszedł do Shindy’ego, który stanął przed Bou, chcąc go w razie czego osłonić, choć doskonale wiedział, że w starciu z Kenzo jego szanse byłyby marne. – I co teraz? Natsukiego tu nie ma. Mogę ci bez obaw przypierdolić.
− Nie… – pisnął Bou.
− Spokojnie – powiedział Shindy. – Niby dlaczego? Nic ci nie zrobiłem.
− Nie potrzebuję konkretnego powodu. Mam ochotę ci przyjebać i tyle.
− Kenzo, proszę… − Yumehito położył dłoń na ramieniu chłopaka.
− A ja cię proszę, żebyś się nie wtrącał, kochanie.
Shindy cofnął się o parę kroków, odsuwając przy tym również Bou, nadal nadając mu ochronę pod postacią swojego ciała.
− Ej, a ty dokąd. – Kenzo chwycił go za marynarkę i przyciągnął do siebie.
− Naprawdę nie chcę się z tobą bić. – Chłopak próbował oderwać zaciśnięte kurczowo palce od swojej odzieży.
− Zostaw Shindy’ego! – krzyknął Bou i rzucił się na Kenzo z pięściami, ten natychmiast odepchnął go, przez co blondyn upadł na podłogę.
− Co to za hałasy? – W korytarzu pojawił się Tatsuro. – Kenzo, co ty znowu wyprawiasz? Puść go w tej chwili. – Pomógł Bou wstać.
Szatyn rozluźnił uścisk na czarnym materiale marynarki Shina.
Yumehito nie czekając na swojego chłopaka, udał się w kierunku sypialni.
− A ty dokąd? – zapytał Kenzo.
− Jak najdalej od ciebie. Mam już dość.
− Widzisz coś narobił, idioto? – Chłopak zwrócił się do Shindy’ego − Jeszcze sobie porozmawiamy – zagroził.
− To my sobie porozmawiamy. Jutro. A teraz wszyscy do łóżek – nakazał Tatsuro.
Kenzo mrucząc coś pod nosem powlókł się za Yumehito.
− Co się stało? – Shindy zamarł słysząc to pytanie.
Natsuki… − przemknęło mu przez myśl.
− Kenzo – westchnął Tatsuro.
− Znów się ciebie czepiał? – Brunet zwrócił się do Shina, na co ten jedynie skinął głową. – Już nie wiem, co z nim zrobić… Ale przynajmniej nie jest tak źle jak w przypadku Kaoru i Die’a. – Shinya wzdrygnął się na dźwięk tych imion, co Natsuki zauważył. – Tatsuro, odprowadź Bou.
Kiedy się oddalili, Natsuki zbliżył się do Shindy’ego. Słowa Akiego mimowolnie pojawiły się w umyśle chłopaka. Nie był pewny czy może mu ufać. To, co mówił Aki mogło być przecież prawdą…
Brunet zauważył strach w jego oczach. Zmarszczył brwi.
− Boisz się – to było stwierdzenie, nie pytanie. – Czego się boisz?
− Nie boję się – zaoponował Shindy.
− Kiedy wspomniałem o Die i Kaoru wzdrygnąłeś się – stwierdził. – Dlaczego?
− To nic takiego. Ja… ja muszę już iść. – Odwrócił się, jednak Natsuki chwycił go za ramię.
− To oni cię skrzywdzili? – dopytywał.
− Nie. – Shindy starał się odwrócić wzrok.
− Kłamiesz. Shindy, nie kłam, to nie ma sensu. Nikomu nic nie powiem. Wiem, że się ich boisz, dlatego nikt się nie dowie. Chcę po prostu wiedzieć, czy to oni.
− Dlaczego chcesz to wiedzieć?
Natsuki na chwilę zamilkł. Co miał mu powiedzieć? Że chce go chronić?
− Jestem głównym opiekunem, a dbanie o bezpieczeństwo uczniów jest moim obowiązkiem.
− Naprawdę muszę iść.
− Odprowadzę cię.
− Dam sobie radę. – Shindy już chciał ruszyć do swojego pokoju, kiedy Natsuki szarpnięciem przyciągnął go do siebie. Chłopak zachwiał się i wpadł prosto w jego ramiona.
− Dlaczego tak bardzo się boisz? – zapytał brunet, czując drżenie drobnego ciała. Nie wiedział co się dzieje. Domyślał się, że Shindy może teraz bać się dotyku przez to, co zrobili mu Kaoru i Die, jednak nie sądził, że będzie odczuwać też strach przed nim. – Nie bój się mnie.
− Nie boję się ciebie, Natsuki-sama – zapewnił Shindy.
Znowu kłamiesz – westchnął w myślach, spoglądając w oczy Shinyi.
− Chodź, odprowadzę cię do sypialni.
Kiedy znaleźli się przed właściwymi drzwiami, Shindy zerknął na Natsukiego, chcąc mu podziękować. Brunet przyglądał mu się uważnie. Przekrzywił lekko głowę, poczym spuścił wzrok.
− Obiecaj mi coś, Shinya.
− Co mam obiecać?
Natsuki ponownie spojrzał prosto w jego źrenice, jak gdyby chciał sprawić, by Shindy spełnił jego prośbę.
− Bądź ostrożny. Będę spać spokojniej ze świadomością, że wszyscy uczniowie są bezpieczni.
− Oczywiście. Dziękuję za wszystko. Dobranoc. – Skłonił się i już naciskał klamkę, kiedy Natsuki go zatrzymał:
− Shinya?
− Tak? – Spojrzał na niego. Po raz pierwszy w oczach bruneta pojawiły się jakieś emocje. Nigdy przedtem niezmącona niczym czerń zabłyszczała. Shindy nie rozumiał, co ukrywa się w tych tęczówkach. Dlaczego Natsuki tak na niego patrzy? Niczym echo wróciło ostrzeżenie Akiego, a Shinya odsunął się machinalnie, natrafiając plecami na drzwi.
Natsuki wyglądał tak, jakby walczył sam ze sobą. Jakby bardzo pragnął coś zrobić, ale jednocześnie się powstrzymywał.
Reakcja Shindy’ego ściągnęła go brutalnie na ziemię. Cały blask zamknięty w jego oczach zniknął.
− Co się dzieje? Dlaczego się odsuwasz?
Shinya nie odpowiedział. Nadal stał nieruchomo, wpatrzony w Natsukiego.
− Nie bój się mnie. – Natsuki uspokoił go miękkim, cichym głosem. – Shinya?
− Muszę wrócić do siebie – wyszeptał Shindy. – Jeszcze raz dziękuję. – Nerwowym gestem nacisnął klamkę i wszedł do swojej sypialni.

3 lipca 2014

147. Hot Chocolate cz. II



Tytuł: Hot Chocolate
Pairing:  
Notka autorska: Tudududu… Nowy rozdział! :3 Naprawdę przyjemnie mi się pisze to opowiadanie. <3

Toshi: Cieszę się, że opowiadanie się spodobało. <3
Yuuko Yukino Konoe: No oczywiście, że musi być Anli. ^^” Ale będzie jeszcze dużo, dużo innych postaci z różnych zespołów. :3
Reila Suzu: Dziękuję. C: Tak, Yoichi jest nadpobudliwy. Ale w tym cały jego urok. <3 Tytuł jeszcze się wyjaśni, w którymś tam rozdziale. xD
Mira Chan: Nic się nie stało. :* Rozumiem, że nie zawsze jest czas, żeby komentować. ^^ Najważniejsze, że nowa seria się podoba. Jeśli chodzi o złego Shina, to mam one-shota, w którym Shindy jest zły. *.* No i od dawna chodzi mi po głowie, żeby zrobić z niego takiego chama, badboy’a, Złego Pana, czy co tam jeszcze mój mózg mi podpowie. xD
Jieru Akai: Yoichi rzeczywiście może przerażać. xD Ja też nie spodziewałam się tytułu, ale jego znaczenie za jakiś czas się wyjaśni. :3 Dziękuję, dziękuję, dziękuję. <3

CZĘŚĆ II
− Jak już pewnie wiesz, są trzy sekcje: Carinae, Tauri i Cepheii – powiedział Yoichi, kiedy szli przez korytarz, na co Shindy skinął głową. – Każdą z sekcji zajmuje się inny opiekun. Carinae zajmuje się Natsuki-sama, Tauri Tatsuro-sama, a Cepheii Aki-sama. Natsuki-sama jest głównym opiekunem i to do niego należy najwięcej obowiązków. To tak trochę jak Domy i prefekci w Harrym Potterze – dodał pogodnie. Shindy zaśmiał się cicho, widząc uszczęśliwioną twarz blondyna. Yoichi był tak podekscytowany ich wspólną wyprawą po szkole.
− KAWAII! – wykrzyknął Yoichi i znowu zrobił Shindy’emu zdjęcie. – Twój śmiech jest taki uroczy, Shin-chan.
− Nie musisz robić mi zdjęć z tej okazji…
− Ale chcę. Każde zdjęcie Shindy’ego jest na wagę złota. – Przyłożył na moment telefon do piersi, a zaraz potem niespodziewanie wykonał kolejną fotografię. – Och, jak słodko…
− Dobrze, ale nie rób mi już zdjęć, proszę…
− Okej, na razie wystarczy. – Yoichi schował komórkę do kieszeni. – Tu jest jadalnia. – Otworzył drzwi i puścił Shindy’ego przodem.
Kiedy tylko chłopak wszedł do pomieszczenia, ucichły rozmowy, a kilkanaście głów odwróciło się w jego stronę.
− Um… − mruknął Shindy, spoglądając na Yoichiego.
− Są po prostu tobą zachwyceni – szepnął blondyn.
− No nie wiem…
− Ależ oczywiście! Shin-chan jest tak uroczy, że nie da się go nie kochać. – Pociągnął przestraszonego Shindy’ego do stolika, przy którym siedziały już dwie osoby, pochylone nad książką. Szatyn, który tłumaczył coś drobnemu blondynowi, był średniego wzrostu, natomiast jego towarzysz był chyba najmniejszą osobą, którą Shindy miał okazję widzieć.
− Masatoshi-kun, Bou-chan, poznajcie Shindy’ego.
Natychmiast podnieśli głowy i wstali z krzeseł.
− Masatoshi – przedstawił się szatyn. – Miło mi cię poznać. – Uśmiechnął się i lekko skłonił.
Z kolei Bou skłonił się tak nisko, że niemal jego czoło zderzyło się z powierzchnią blatu.
− Nazywam się Bou. Mi również miło cię poznać, Shindy-sama.
− Możesz mnie nazywać po prostu Shindy – roześmiał się Shin.
Bou poderwał gwałtownie głowę.
− Och! Kawaii! – wykrzyknął jednocześnie z Yoichim.
Natychmiast rozległ się dźwięk robionego przez Yoichiego zdjęcia.
− Yoichi, mówiłem coś.
− Przepraszam, Shin-chan, ale jesteś taki uroczy – usprawiedliwił się Yoichi.
− A może Shin-chan coś w końcu zje? – zaproponował Masatoshi.
− Tak, dobra myśl. Ja coś przyniosę – odezwał się Bou i pobiegł do bufetu.
− Nie! Ja coś przyniosę! – Yoichi pognał za nim.
− Jak dzieci… − Masatoshi pokręcił głową. – Jak ci się u nas podoba?
− To dopiero pierwszy dzień, ale myślę, że będzie mi tu dobrze. Yoichi jest miły.
− Tak… − Masatoshi spojrzał na widok za oknem. – Jest bardzo miły.
− Jestem! – wykrzyknął Bou.
− Jestem! – powtórzył zaraz po nim Yoichi.
− Ja byłem pierwszy! – upierał się Bou.
− Wcale że nie!
Masatoshi ukrył twarz w dłoniach, tłumiąc śmiech.
− Może po prostu dajcie Shindy’emu to, co dla niego wybraliście i chodźmy później na spacer – zaproponował, chcąc przerwać kłótnię.
Chłopcy postawili przed Shindym dwie tace obficie wypełnione różnymi przysmakami.
− Ale ja tyle nie zjem…
− Zjesz tyle, ile będziesz mógł. – Yoichi zajął miejsce koło Shindy’ego, który czym prędzej zabrał się za jedzenie, w obawie, że blondyn zechce go jeszcze karmić.
Kiedy Shindy już się najadł, wyszli do ogrodu, który rozlewał się zaraz za szkolnym budynkiem. Tak naprawdę dywan trawy porośniętej małymi kwiatami zaścielał jedynie niewielki obszar, resztę tworzył las. Już mieli do niego wejść, kiedy usłyszeli krzyk:
− Masatoshi-kun! Masatoshi-kun!
Odwrócili się w kierunku biegnącego ku nim chłopaka.
− Co się stało? – spytał Masatoshi.
− Masatoshi-kun… − chłopak wziął głęboki wdech. Musiał bardzo się spieszyć i widać było, że bieg go wykończył. – Ty oraz Bou-kun i Yoichi-kun macie się stawić u Tatsuro-sama.
− Ale właśnie oprowadzamy Shindy’ego – mruknął z niezadowoleniem Yoichi.
− Tatsuro-sama chce was widzieć – upierał się chłopak.
− Możecie iść – odezwał się Shindy. – Poradzę sobie.
− Na pewno? – spytał Yoichi.
− Tak.
− No dobrze, ale uważaj na siebie. – Blondyn przytulił Shina i odszedł wraz z przyjaciółmi.
Chłopak spojrzał w stronę lasu. Ruszył w jego kierunku i po chwili znalazł się zielonym labiryncie. Szedł przed siebie aż dotarł na małą polanę. Nie przypuszczał, że las jest tak ogromny. Usiadł pod jednym z drzew i zamknął oczy.
Nareszcie cisza – pomyślał, kiedy nagle usłyszał szmer. Uniósł powieki i odwrócił głowę w stronę źródła dźwięku. W cieniu stał wysoki chłopak. Miał na sobie czarny komplet, składający się z marynarki i spodni sięgających kolan, białą koszulę oraz podkolanówki w czarno-białe paski. Identyczny strój miał Yoichi, zatem chłopak musiał pochodzić z Carinae. Jedno jasne pasmo odbijało się na tle czerni jego włosów, które kontrastowały z bladą cerą. Nieznajomy przeszywał Shindy’ego spojrzeniem czarnych oczu, a blondyn wpatrywał się w niego zdumiony. Nie był zdolny się poruszyć. Czas jakby się zatrzymał, a on klęczał na trawie, mając wrażenie, że ta czerń zamknięta w tęczówkach go pochłania.
− Hej. – Usłyszał głos, ale usta postaci się nie poruszyły. – Hej, wszystko w porządku? – Dotarło do niego, że głos dochodzi zza jego pleców. Odwrócił się i wzdrygnął. Pochylający się nad nim brunet był zdecydowanie zbyt blisko. – Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. – Chłopak uśmiechnął się i pomógł Shindy’emu wstać. – Jak masz na imię?
− Shinya, ale mówią mi Shindy. – Zerknął za siebie, ale nikogo nie dostrzegł. Tajemniczy chłopak zniknął…
− Ach, Shinya. Jesteś tym nowym uczniem.
Skinął głową i przyjrzał się chłopakowi. Jego mundurek był inny. Tworzyły go długie spodnie w czerwoną kratę i czarna koszula z krawatem. Czarna, prosta grzywka opadała na oczy.
− Z jakiej jesteś sekcji? – zapytał Shindy.
− Cepheii. Mam na imię Aki. – Uśmiechnął się ponownie.

20 maja 2014

136. Cukiereczki (Bou x Cukiereczki)



Tytuł: Cukiereczki
Pairing: Bou x Cukiereczki
Notka autorska: Ponieważ czasami nie wszystko jest takie, jakim się wydaje. Miałam wiele wątpliwość, czy dodać tego one-shota. Tekst jest specyficzny. Bardzo specyficzny. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim się spodoba, ale może znajdzie się osoba, która przyjmie pozytywnie tę różowo-obrzydliwą breję monologu zakochanego idioty – tak, nazywajmy rzeczy po imieniu, zwłaszcza przy tym one-shocie.

Znów stawiam Was przed wyborem, Wisienki. Co chcecie w następnej notce?
1) Katarynka cz. III (Kamijo x Hizaki).
2) Reituki – opowiadanie ma na razie trzy części.
3) Tatsuro x Ruki – również trzy części.
4) Aki x Shindy – sześć części.
5) Ruki x Takuma – trzy części.
Piąta część Anorexii stanęła w skomplikowanym procesie tworzenia. Wiem, że nie lubicie, kiedy dodaję nowe opowiadanie, a nie kończę poprzedniego, ale toczę walkę z weną. ;-; Problem polega na tym, że praktycznie żadne z opowiadań nie jest jeszcze skończone. Ciągle pojawia się u mnie inny pomysł, zaczynam pisać, potem wena znika i wraca dopiero po jakimś czasie. Mam nadzieję, że pomożecie mi w wyborze i jakoś dacie radę nie pogubić się w tym chaosie. Ja sama postaram się wszystko ogarnąć, żeby notki pojawiały się regularnie i znowu nie było tu bałaganu.

Gdyby ktoś zapytał mnie, z czym kojarzy mi się Bou, bez zawahania odpowiedziałbym, że przypomina zużytą prezerwatywę. Obrzydliwe, prawda? Zwłaszcza, że gdyby przyjrzeć mu się pierwszy raz, wyglądałby zupełnie inaczej. Tleniony blondynek z infantylnym odrostem rozchodzącym się od przedziałka − beznadziejnie wykonany pseudogradient, który większość osób uważa za szczyt słodkości. Ciemne oczy obrysowane wyraźną kreską eyelinera, żeby były takie urocze i niewinne. Twarzyczka jeszcze bardziej infantylna niż ten pieprzony odrost. Wypudrowana, zaróżowiona, wygładzona, umalowana tak, aby nie widać było grubości sztucznej warstwy, ale by odpowiednio zakryła cały syf, który tworzy jego cerę. Tak właśnie wyglądałby Bou, gdyby zobaczyć go po raz pierwszy. Na scenie na przykład. Wszystko się ułatwia, kiedy można go podziwiać na zdjęciu. Tam człowiek staje się jedną wielką iluzją, wyretuszowaną za pomocą photoshopa. Photoshop dobra rzecz – możesz idealizować się na różne sposoby, kombinacje mnożą się, a ty tego nie zauważasz i w pewnym momencie tworzysz człowieka, który ani trochę nie przypomina ciebie. To dobijające… Ale zobacz tylko, jaki jesteś piękny!
Jednak porzućmy pierwsze wrażenie uroczego chłopczyka w różowej spódniczce i zajrzyjmy głębiej. Bo prezerwatywa może mieć wspaniały smak, ale jej wnętrze to już inna bajka. Właściwie nie bajka, ale coś na kształt tandetnego horroru, gdzie mózgi rozbryzgują się krwawo na ekranie. Wnętrze Bou było zużyte, jak jego tyłek i prezerwatywy, które zakładali na swoje ogiery jego kochankowie. Wśród tych napalonych samców z wyprężonymi, smakowymi penisami, znajdowałem się ja i mój czekoladowy kumpel. Bou uwielbiał przebierać w palecie smaków, każdej nocy inny. Że też dałem się zwieść tej różowej zwiewności spódnicy, która kołysała się wraz z rytmicznym ruchem jego bioder. Co za idiota ze mnie! Ale Bou był idealnym kłamcą. Potrafił omamić zmysły różową bryzą swojego uroku, a granie słodkiego debila, chichoczącego przy każdej nadążającej się okazji wychodziło mu perfekcyjnie. Przykład:
ZAPŁAKANA PERSONA: Pies mi zdechł.
BOU: Hihihihi.
Purpurowa maseczka fałszywego uśmiechu i miny wiecznie zaskoczonej laleczki chroniła go przed odkryciem jego prawdziwych zamiarów. Była jak gruba bariera infantylności, przez którą nie dało się dostrzec brutalnej prawdy. A Bou był po prostu dziwką.
Omamił mnie w dziecinnie prosty sposób: usiadł mi na kolanach, podciągnął spódniczkę i prowokacyjnie ocierał się o moje zniecierpliwione krocze. Pamiętam, że pomyślałem wtedy: „O kurwa! On nie ma bielizny! Podoba mi się to…”, a później już samo poszło.
Przypuszczam, że wabił tak każdego. Spódnica po prostu szła do góry, trochę jęków, trochę szamotaniny, co by się odpowiednio dopasować. Płytki orgazm i szept, jak różowa mgła wślizgujący się do ucha: „Jesteś zajebisty, cukiereczku”.
Cukiereczek. Na wspomnienie tego niby pieszczotliwego określenia, mam ochotę zwymiotować od nadmiaru tej lepkiej słodyczy. Nazywał nas tak po każdym stosunku. Obrzydliwie urocze. Każdy z nas był cukiereczkiem o innym smaku.
Bou nosił przy sobie prezerwatywy o różnych smakach. Każda była perfekcyjnie dobierana. Albo do osobowości wybranego samca, albo do fanaberii smakowej, którą miał ochotę skosztować Bou. Nie było mowy o nieużyciu gumki. Ona była elementem obowiązkowym. Niewiadomo, dlaczego. Czy było to tylko kierowane doznaniami dla podniebienia, kiedy językiem sunął po powierzchni penisa? Czy może nie chciał się pobrudzić? Dbał o higienę? A może chciał zatrzymać przy sobie coś na kształt czystości, którą przecież dawno utracił? Nie wiem.
Bou wiedział jak przyciągać cukiereczki. Wykorzystywał zamiłowanie japońskich przedstawicieli płci męskiej do delikatnych i uroczych lolitek. Przebierał się w te sukieneczki, robił słodkie minki, idealnie odnajdując się w roli niewinnej ofiary, podczas gdy on w rzeczywistości był podstępną żmiją, która żerowała na uczuciach pozostałych. Na początku była to rozkoszna zabawa i dla niego i dla nas, ale z czasem, przynajmniej w moim przypadku, pojawiło się u mnie głębsze uczucie. Pragnąłem by Bou był mi wierny. Zaproponowałem mu nawet taki normalny układ, jednak on jedynie mnie wyśmiał. „Bez fanaberii, cukiereczku” – tak powiedział.
Bou zdawał sobie sprawę, że zdaję sobie sprawę, że najzwyczajniej w świecie daje on wszystkim dupy. I wszyscy, którym dawał się przelecieć, też zdawali sobie z tego sprawę. To było zamknięte koło, oblepione purpurowym cukrem. Bou zaciskał okrąg wokół nas, odurzając zapachem różowej magii, a my nie zauważaliśmy, że cukrowy wianuszek przemienia się w landrynkową klatkę. A co robi grupa pobudzonych samców zamknięta w klatce? Pragnąca tylko jednego? Zaczyna walczyć o dominację. Bou patrzył z boku na ten idiotyczny spektakl, kiedy każdy z nas chciał mu się lepiej przedstawić. Podczas gdy on wzbogacał się w nowe sukienki i komplementy, których i tak miał już pod dostatkiem, my stawaliśmy się ubożsi o dumę.
Opamiętałem się, kiedy było już za późno. Kiedy on z wrodzoną przebiegłością złodzieja cukierków, ukradł doszczętnie moje serce. Nie było już odwrotu. Mogłem tylko tęsknie patrzeć na niego przez pręty landrynkowej klatki i czekać aż wykona gest w moim kierunku, zapraszając na wspólną zabawę. Klatka była czymś w rodzaju poczekalni. Każdy z nas z upragnieniem czekał na swoją kolej. Bou zaglądał przez pręty, patrzył na kogoś z rozczuleniem, a gdy ta osoba już spoglądała na niego oczami oddanego szczeniaka, wydymał usta jak kapryśna lalka i szedł do kolejnego towaru.
Nienawidzę go serdecznie. Ale jednak jest w nim coś takiego, co sprawia, że ma się ochotę czekać na swoją kolej. Dzisiaj w drodze do sklepu dostałem wiadomość.
„Przyjdziesz dzisiaj, cukiereczku?” – zapytał.
„Przyjdę…” – odpisałem.

22 sierpnia 2012

7. Mr. Box (Bou x Kiyozumi)



Tytuł: Mr. Box
Paring: Bou x Kiyozumi
Od autorki: Kolejny one-shot napisany wspólnie. Tego też nie traktujcie poważnie. Przepraszam, że zrobiłyśmy z nich takich idiotów, ale to było na potrzeby opowiadania. Mamy nadzieję, że komuś się spodoba. Inspiracją było to zdjęcie:

Właśnie zajmowałem się jakże ciekawym zajęciem, mianowicie gryzieniem kartonu, kiedy niczym Houdini pojawił się za mną Bou.
− Hej, Kiyozumi – przywitał się blondyn.
− Sześć – odpowiedziałem, nadal żując karton.
Chłopak przylgnął do mnie, obejmując ramionami w pasie. Wyplułem tekturę, pytając:
− Co ty robisz?
− A przytulam cię. Nie zauważyłeś?
− Um… okej – odparłem, wracając do konsumowania pudełka. Smak tego kartonu był niebiański. Jeszcze nigdy w życiu nie jadłem tak dobrej tektury. Nawet karton po butach mojej mamy nie był tak smaczny jak ten! A warto dodać, że tamten przesiąknięty był zapachem skóry, co nadawało nutkę gorzkiego posmaku[1].
− Dlaczego żujesz ten karton? – zaciekawił się Bou.
− Bo lubie – odparłem, z pełnymi ustami.
Chłopak wtulił się we mnie bardziej.
− A dałbyś mi spróbować?
− Kartonu? Jasne.
Już miałem zamiar się podzielić, kiedy blondyn się zaśmiał.
− Nie o to mi chodziło.
Odwróciłem się w jego stronę.
− A o co? – zapytałem
− No ciebie – odpowiedział, następnie muskając moje usta.
Zamarłem, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczyma.
− A-ale, Bou…  Jestem teraz bardzo zajęty – jem karton! – Odgryzłem spory kawałek tektury.
Bou spojrzał na mnie jak na kretyna, po czym zaśmiał się o mało nie przewracają na podłogę.
− Mój mały głuptasek. – Poczochrał moje włosy.
Przecież jestem wyższy, do cholery!
− Nie obchodzi mnie, że jesteś zajęty. Mam na ciebie ochotę. A jak mam na coś ochotę, to po prostu to robię. – Zbliżył się do mnie, wpatrując się we mnie z dołu. Wyglądał jak przerażające dziecko z horroru. Następnie popchnął na stojącą nieopodal kanapę. Tyle że… nie wylądowałem na tapczanie, ale na podłodze. Bou złapał mnie za koszulę, pociągnął na sofę i usiadł na mnie.
− Bou, czekaj, ja jestem prawiczkiem[2]! – krzyknąłem, kiedy rozpinał moje spodnie. Przytuliłem mocniej mój karton, obawiając się tego, co zaraz nastanie.
− Spodoba ci się, zobaczysz – obiecał, całując mnie delikatnie w usta.
− Ale ja nie chcę…
− Ale ja chcę.
− Czy ja i mój karton się nie liczymy?
− Karton tak, ty nie.
− Karton jest po mojej stronie. Prawda, kartonie? – zapytałem.
− Tak – zmieniłem głos, dubbingując pudełko.
− Ej, ten karton mówi! – powiedział Bou.
− A jak – odparłem z dumą.
− Dobra, kończmy z gadaniem. Kochajmy się! – wykrzyknął blondyn, zsuwając ze mnie spodnie wraz z bokserkami.
− Gwałt nazywasz kochaniem się? Stary miej litość, ja naprawdę jestem prawiczkiem…
− To mnie jeszcze bardziej podnieca – wyznał gitarzysta, pochylając się nade mną i przygryzając płatek mojego ucha.
− Nie dotykaj, zboczeńcu. Kartonie, ratuj!
− Twój karton ci nie pomoże.
Uniósł moje biodra, podciągając swoją spódniczkę. Ku mojemu zdziwieniu… nie miał bielizny! Co za fleja! A fu…!
Kiedy wszedł we mnie, nałożyłem mu karton na głowę.
− Aaa! – pisnął Bou. – Boję się ciemności!
− Atakuj, kartonie, atakuj!
− Zaraz ja cię zaatakuję. Niech no  się tylko pozbędę tej tektury! – Ściągnął pudło z głowy i cisnął je w drugi kąt pokoju.
− Karton-san!
Zaczął się we mnie poruszać. Chwycił mnie za biodra, abym mu się nie wyrwał.
− Zostaw, zostaw! – krzyczałem, bijąc go po głowie.
− Przestań mnie bić! Bo jak ja cię uderzę…
− Ty? A ty się w ogóle umiesz bić? Z moim kartonem-sama ledwo dałeś radę.
− Dobra, siedź już cicho i pozwól mi ciebie w spokoju gwałcić – powiedział, wbijając się we mnie.
Zacisnąłem usta, żeby nie krzyczeć. Po policzkach spłynęły mi łzy. Dużo słonych łez.
Bou starł je palcami.
− Nie płacz, zrobię ci loda, jeśli chcesz.
− Żadnego loda! Nie, cholera, ja mam tego dość! Złaź ze mnie, perwersie! – Pociągnąłem go za jedną z jego złotych kitek.
− Auu! – pisnął Saitou i uderzył mnie w twarz.
Odpowiedziałem tym samym.
Ta menda mi oddała.
Nie zostawałem mu dłużny.
Biliśmy się tak przez dobre kilkanaście minut, przy czym Bou nadal mnie posuwał, przyspieszając swoje ruchy.
Wreszcie doszedł, zalewając mnie swoją spermą.
− Jesteś obrzydliwy – mruknąłem, krzywiąc się.
− Też cię kocham, maleństwo – zaśmiał się, muskając moje wargi.
− Do cholery, ty niewyrośnięty kurduplu, jestem o głowę wyższy! Poza tym, o czym ty mówisz?
− No… kocham cię. – Wzruszył ramionami.
− A ćpałeś coś? Ej, daj spróbować.
− Nie.
− No weź, podzielę się kartonem.
− Nic nie brałem, naprawdę cię kocham. Jesteś dla mnie wszystkim, jesteś moim słońcem, moim życiem, moim najpiękniejszym skarbem…
Przestałem go słuchać. Wystarczyło wspomnienie o moim kartonie i już wypełnił moją głowę.
− Ja to bym zjadł kartona – wyznałem, przerywając nudny wywód Bou.
Blondyn wyglądał na załamanego moimi słowami.
− Ale to nic, i tak cię kocham. – I pochylił się, żeby jeszcze raz pocałować mnie w usta. 

 


[1] Nie pytajcie nas, skąd wiemy jak smakuje karton po butach…
[2] To prawda! xD