Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Masatoshi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Masatoshi. Pokaż wszystkie posty

11 czerwca 2015

173. Hot Chocolate cz. VIII



Tytuł: Hot Chocolate
Pairing:  Kenzo x Yumehito
Notka autorska: Robię z Kenzo potwora. ;; Najciekawsze jest to, że Kenzo to pierwszy japoński muzyk, który mnie zauroczył. A za Yumehito nie przepadam. Połączyłam go z Kenzo tylko dlatego, że często robili fanservice, kiedy grali w Ayabie.
sadist vampire Yuna.miko: Nie, Shindy nie jest łatwy. :3 Oczywiście, że nie jest. Wiem, wiem, dużo tych związków. Jeden kocha drugiego, który kocha trzeciego, a trzeci kocha pierwszego itd. xD Jakby co zrobiłam taką rozpiskę, kto obecnie jakimi uczuciami kogoś darzy. ^^ Mam nadzieję, że to trochę ułatwi sprawę. :3
Reila Suzu: Ja też jestem taką sierotą jak Shindy. ^^" Cieszę się, że przypadła Ci do gustu postać Many. :3

 Obecnie tak wyglądają relacje między naszymi bohaterami. ^^ Wraz z biegiem wydarzeń będę wprowadzać zmiany.

 CZĘŚĆ VIII
Jakiś czas jeszcze szukali, chociaż każdy z nich oprócz Miyaviego wiedział, że to bezcelowe i nigdy nie odnajdą pokoju Shinyi, kiedy nagle Mana dostrzegł jak kilka metrów przed nimi przemknęła drobna postać o charakterystycznie podpiętych blond-rudawych kosmykach. Pociągnął znacząco Miyaviego za rękaw i wskazał na zakręt, gdzie zniknął Shindy.
− Shindy! – zawołał Miyavi.
Chłopak cofnął się, słysząc swoje imię.
− Miyavi. – Uśmiechnął się na widok znajomej, życzliwej twarzy.
− Właśnie cię szukaliśmy, żebyś wypił z nami herbatę.
− Ojej, to naprawę miłe. – Ten gest bardzo zaskoczył Shindy’ego. Nie sądził, że osoby, które widział tylko raz w życiu zrobią mu taką niespodziankę. I jeszcze zaangażowali się w to uczniowie, których nie znał.
− To jest Intetsu, Reita i Uruha. – Miyavi wskazał po kolei pozostałych kolegów. – Przyszlibyśmy wcześniej, ale nie wiedzieliśmy, gdzie jest twój pokój – zakłopotał się odrobinę, jednak zaraz się rozpromienił: − Ale nic, lepiej późno niż wcale. Może herbata jeszcze nie jest taka zimna. Chodźmy.
Shindy zaprowadził ich do swojej sypialni, gdzie siedział Yoichi w towarzystwie Masatoshiego i Bou.
− Shindy-sama. – Bou natychmiast wstał i ukłonił się nisko.
− Bou, nie musisz się tak do mnie zwracać – zaśmiał się Shindy.
Usiedli wokół niskiego stolika. Miyavi rozlał herbatę do filiżanek, niechcący wylewając odrobinę na Manę.
− Przepraszam – szepnął, zestresowany. – Bardzo przepraszam, nie chciałem.
Twarz Many jak zwykle nie wyrażała żadnych emocji. Już chciał sięgnąć po notes i wyzwać chłopaka od idiotów, kiedy zerknął na niego i po raz pierwszy dostrzegł w jego oczach przygnębienie. Smutek tak wyraźnie malował się w źrenicach, czyniąc twarz posępną, że w brunecie coś pękło. Teraz wiedział tylko jedno – nie chciał już nigdy więcej widzieć Miyaviego w takim stanie. Pragnął, żeby zawsze był szczęśliwy. Nie będąc do końca pewnym, co robi, położył dłoń na ramieniu kolegi, niemalże się przy tym pokrzepiająco uśmiechając. Miyavi spojrzał w jego oczy i uniósł niepewnie kąciki ust.
− Nie jesteś zły?
Mana pokręcił przecząco głową. Uśmiech Miyaviego się poszerzył, jego oczy błyszczały. Mana mimowolnie zrobił to samo, zdecydowanie subtelniej niż Miyavi, ale i tak wywołał tym niemałe zaskoczenie u reszty.
− No, no, skoro nasz Mana już się uśmiecha, to może niedługo zacznie mówić – powiedział Reita.
„Spadaj…” – Mana raptownie spoważniał.
Pili zimną herbatę, rozmawiali. W tak miłym towarzystwie Shindy zapomniał o tym co spotkało go ze strony Kaoru i Die’a oraz o zaborczym Akim. Z rozbawieniem słuchał przekomarzań Reity i Uruhy, którzy za wszelką cenę starali się zdobyć uznanie Intetsu. Widział, że chłopak jest nieco zakłopotany ich zachowaniem. Sam również czuł się niezręcznie, kiedy Yoichi pakował mu do ust kolejne ciasteczka, a Bou bawił się jego włosami. Zwłaszcza, że widział to tęskne spojrzenie Masatoshiego, brutalnie zignorowane przez współlokatora.
− Yoichi, Bou, zostawcie Shina. On nie jest zabawką. – Masatoshi starał się jakoś uratować Shindy’ego przed zagłaskaniem na śmierć. Mimo że był zazdrosny o sympatię jaką Yoichi darzył Shinyę, naprawdę go polubił.
Chłopcy jednak nie zwrócili na to uwagi i dalej robili swoje, przy okazji kłócąc się o chłopaka.
− Przestań szarpać go za włosy – warknął Yoichi. – Powyrywasz mu je.
− Nie powyrywam – oburzył się Bou. – Tylko go głaszczę. Prawda, Shindy-sama? Powiedz, że jest ci przyjemnie. To ty go faszerujesz tymi ciasteczkami. Pewnie już mu jest niedobrze.
− Na pewno jest głodny. Jest taki chudziutki. Muszę o niego dbać.
Mana jak zwykle siedział cicho, w spokoju popijając herbatę. Co jakiś czas zerkał na Miyaviego, na tyle ostrożnie by ten go nie przyłapał.
Czas minął im szybko i nawet nie zauważyli, kiedy zrobiło się tak późno, że wypadałoby iść spać. Uruha i Reita postanowili iść razem z Intetsu, Miyavi i Mana oddalili się w swoją stronę. Masatoshi wrócił do sypialni sam. Został tylko Bou, który nerwowo marszczył palcami materiał czarnych spodni.
− Shindy-sama, czy mógłbyś mnie odprowadzić? – zapytał cicho.
− Shin-chan jest zmęczony – powiedział szybko Yoichi.
Bou spuścił głowę, zasmucony.
− Nie no, odprowadzę cię. – Shindy uśmiechnął się do blondyna i razem opuścili pokój. Szli korytarzem oświetlonym teraz licznymi lampami.
− No proszę. Dwie cioty. Muszę przyznać, że idealnie się dobraliście. – Shindy rozpoznał ten głos, chociaż miał okazję usłyszeć go tylko raz. Jak zwykle ociekał jadem i kpiną. Odwrócił się w stronę Kenzo, obok którego stał niższy chłopak.
− Kenzo, daj spokój…
− Zamknij się, Yumehito. – Podszedł do Shindy’ego, który stanął przed Bou, chcąc go w razie czego osłonić, choć doskonale wiedział, że w starciu z Kenzo jego szanse byłyby marne. – I co teraz? Natsukiego tu nie ma. Mogę ci bez obaw przypierdolić.
− Nie… – pisnął Bou.
− Spokojnie – powiedział Shindy. – Niby dlaczego? Nic ci nie zrobiłem.
− Nie potrzebuję konkretnego powodu. Mam ochotę ci przyjebać i tyle.
− Kenzo, proszę… − Yumehito położył dłoń na ramieniu chłopaka.
− A ja cię proszę, żebyś się nie wtrącał, kochanie.
Shindy cofnął się o parę kroków, odsuwając przy tym również Bou, nadal nadając mu ochronę pod postacią swojego ciała.
− Ej, a ty dokąd. – Kenzo chwycił go za marynarkę i przyciągnął do siebie.
− Naprawdę nie chcę się z tobą bić. – Chłopak próbował oderwać zaciśnięte kurczowo palce od swojej odzieży.
− Zostaw Shindy’ego! – krzyknął Bou i rzucił się na Kenzo z pięściami, ten natychmiast odepchnął go, przez co blondyn upadł na podłogę.
− Co to za hałasy? – W korytarzu pojawił się Tatsuro. – Kenzo, co ty znowu wyprawiasz? Puść go w tej chwili. – Pomógł Bou wstać.
Szatyn rozluźnił uścisk na czarnym materiale marynarki Shina.
Yumehito nie czekając na swojego chłopaka, udał się w kierunku sypialni.
− A ty dokąd? – zapytał Kenzo.
− Jak najdalej od ciebie. Mam już dość.
− Widzisz coś narobił, idioto? – Chłopak zwrócił się do Shindy’ego − Jeszcze sobie porozmawiamy – zagroził.
− To my sobie porozmawiamy. Jutro. A teraz wszyscy do łóżek – nakazał Tatsuro.
Kenzo mrucząc coś pod nosem powlókł się za Yumehito.
− Co się stało? – Shindy zamarł słysząc to pytanie.
Natsuki… − przemknęło mu przez myśl.
− Kenzo – westchnął Tatsuro.
− Znów się ciebie czepiał? – Brunet zwrócił się do Shina, na co ten jedynie skinął głową. – Już nie wiem, co z nim zrobić… Ale przynajmniej nie jest tak źle jak w przypadku Kaoru i Die’a. – Shinya wzdrygnął się na dźwięk tych imion, co Natsuki zauważył. – Tatsuro, odprowadź Bou.
Kiedy się oddalili, Natsuki zbliżył się do Shindy’ego. Słowa Akiego mimowolnie pojawiły się w umyśle chłopaka. Nie był pewny czy może mu ufać. To, co mówił Aki mogło być przecież prawdą…
Brunet zauważył strach w jego oczach. Zmarszczył brwi.
− Boisz się – to było stwierdzenie, nie pytanie. – Czego się boisz?
− Nie boję się – zaoponował Shindy.
− Kiedy wspomniałem o Die i Kaoru wzdrygnąłeś się – stwierdził. – Dlaczego?
− To nic takiego. Ja… ja muszę już iść. – Odwrócił się, jednak Natsuki chwycił go za ramię.
− To oni cię skrzywdzili? – dopytywał.
− Nie. – Shindy starał się odwrócić wzrok.
− Kłamiesz. Shindy, nie kłam, to nie ma sensu. Nikomu nic nie powiem. Wiem, że się ich boisz, dlatego nikt się nie dowie. Chcę po prostu wiedzieć, czy to oni.
− Dlaczego chcesz to wiedzieć?
Natsuki na chwilę zamilkł. Co miał mu powiedzieć? Że chce go chronić?
− Jestem głównym opiekunem, a dbanie o bezpieczeństwo uczniów jest moim obowiązkiem.
− Naprawdę muszę iść.
− Odprowadzę cię.
− Dam sobie radę. – Shindy już chciał ruszyć do swojego pokoju, kiedy Natsuki szarpnięciem przyciągnął go do siebie. Chłopak zachwiał się i wpadł prosto w jego ramiona.
− Dlaczego tak bardzo się boisz? – zapytał brunet, czując drżenie drobnego ciała. Nie wiedział co się dzieje. Domyślał się, że Shindy może teraz bać się dotyku przez to, co zrobili mu Kaoru i Die, jednak nie sądził, że będzie odczuwać też strach przed nim. – Nie bój się mnie.
− Nie boję się ciebie, Natsuki-sama – zapewnił Shindy.
Znowu kłamiesz – westchnął w myślach, spoglądając w oczy Shinyi.
− Chodź, odprowadzę cię do sypialni.
Kiedy znaleźli się przed właściwymi drzwiami, Shindy zerknął na Natsukiego, chcąc mu podziękować. Brunet przyglądał mu się uważnie. Przekrzywił lekko głowę, poczym spuścił wzrok.
− Obiecaj mi coś, Shinya.
− Co mam obiecać?
Natsuki ponownie spojrzał prosto w jego źrenice, jak gdyby chciał sprawić, by Shindy spełnił jego prośbę.
− Bądź ostrożny. Będę spać spokojniej ze świadomością, że wszyscy uczniowie są bezpieczni.
− Oczywiście. Dziękuję za wszystko. Dobranoc. – Skłonił się i już naciskał klamkę, kiedy Natsuki go zatrzymał:
− Shinya?
− Tak? – Spojrzał na niego. Po raz pierwszy w oczach bruneta pojawiły się jakieś emocje. Nigdy przedtem niezmącona niczym czerń zabłyszczała. Shindy nie rozumiał, co ukrywa się w tych tęczówkach. Dlaczego Natsuki tak na niego patrzy? Niczym echo wróciło ostrzeżenie Akiego, a Shinya odsunął się machinalnie, natrafiając plecami na drzwi.
Natsuki wyglądał tak, jakby walczył sam ze sobą. Jakby bardzo pragnął coś zrobić, ale jednocześnie się powstrzymywał.
Reakcja Shindy’ego ściągnęła go brutalnie na ziemię. Cały blask zamknięty w jego oczach zniknął.
− Co się dzieje? Dlaczego się odsuwasz?
Shinya nie odpowiedział. Nadal stał nieruchomo, wpatrzony w Natsukiego.
− Nie bój się mnie. – Natsuki uspokoił go miękkim, cichym głosem. – Shinya?
− Muszę wrócić do siebie – wyszeptał Shindy. – Jeszcze raz dziękuję. – Nerwowym gestem nacisnął klamkę i wszedł do swojej sypialni.

3 lipca 2014

147. Hot Chocolate cz. II



Tytuł: Hot Chocolate
Pairing:  
Notka autorska: Tudududu… Nowy rozdział! :3 Naprawdę przyjemnie mi się pisze to opowiadanie. <3

Toshi: Cieszę się, że opowiadanie się spodobało. <3
Yuuko Yukino Konoe: No oczywiście, że musi być Anli. ^^” Ale będzie jeszcze dużo, dużo innych postaci z różnych zespołów. :3
Reila Suzu: Dziękuję. C: Tak, Yoichi jest nadpobudliwy. Ale w tym cały jego urok. <3 Tytuł jeszcze się wyjaśni, w którymś tam rozdziale. xD
Mira Chan: Nic się nie stało. :* Rozumiem, że nie zawsze jest czas, żeby komentować. ^^ Najważniejsze, że nowa seria się podoba. Jeśli chodzi o złego Shina, to mam one-shota, w którym Shindy jest zły. *.* No i od dawna chodzi mi po głowie, żeby zrobić z niego takiego chama, badboy’a, Złego Pana, czy co tam jeszcze mój mózg mi podpowie. xD
Jieru Akai: Yoichi rzeczywiście może przerażać. xD Ja też nie spodziewałam się tytułu, ale jego znaczenie za jakiś czas się wyjaśni. :3 Dziękuję, dziękuję, dziękuję. <3

CZĘŚĆ II
− Jak już pewnie wiesz, są trzy sekcje: Carinae, Tauri i Cepheii – powiedział Yoichi, kiedy szli przez korytarz, na co Shindy skinął głową. – Każdą z sekcji zajmuje się inny opiekun. Carinae zajmuje się Natsuki-sama, Tauri Tatsuro-sama, a Cepheii Aki-sama. Natsuki-sama jest głównym opiekunem i to do niego należy najwięcej obowiązków. To tak trochę jak Domy i prefekci w Harrym Potterze – dodał pogodnie. Shindy zaśmiał się cicho, widząc uszczęśliwioną twarz blondyna. Yoichi był tak podekscytowany ich wspólną wyprawą po szkole.
− KAWAII! – wykrzyknął Yoichi i znowu zrobił Shindy’emu zdjęcie. – Twój śmiech jest taki uroczy, Shin-chan.
− Nie musisz robić mi zdjęć z tej okazji…
− Ale chcę. Każde zdjęcie Shindy’ego jest na wagę złota. – Przyłożył na moment telefon do piersi, a zaraz potem niespodziewanie wykonał kolejną fotografię. – Och, jak słodko…
− Dobrze, ale nie rób mi już zdjęć, proszę…
− Okej, na razie wystarczy. – Yoichi schował komórkę do kieszeni. – Tu jest jadalnia. – Otworzył drzwi i puścił Shindy’ego przodem.
Kiedy tylko chłopak wszedł do pomieszczenia, ucichły rozmowy, a kilkanaście głów odwróciło się w jego stronę.
− Um… − mruknął Shindy, spoglądając na Yoichiego.
− Są po prostu tobą zachwyceni – szepnął blondyn.
− No nie wiem…
− Ależ oczywiście! Shin-chan jest tak uroczy, że nie da się go nie kochać. – Pociągnął przestraszonego Shindy’ego do stolika, przy którym siedziały już dwie osoby, pochylone nad książką. Szatyn, który tłumaczył coś drobnemu blondynowi, był średniego wzrostu, natomiast jego towarzysz był chyba najmniejszą osobą, którą Shindy miał okazję widzieć.
− Masatoshi-kun, Bou-chan, poznajcie Shindy’ego.
Natychmiast podnieśli głowy i wstali z krzeseł.
− Masatoshi – przedstawił się szatyn. – Miło mi cię poznać. – Uśmiechnął się i lekko skłonił.
Z kolei Bou skłonił się tak nisko, że niemal jego czoło zderzyło się z powierzchnią blatu.
− Nazywam się Bou. Mi również miło cię poznać, Shindy-sama.
− Możesz mnie nazywać po prostu Shindy – roześmiał się Shin.
Bou poderwał gwałtownie głowę.
− Och! Kawaii! – wykrzyknął jednocześnie z Yoichim.
Natychmiast rozległ się dźwięk robionego przez Yoichiego zdjęcia.
− Yoichi, mówiłem coś.
− Przepraszam, Shin-chan, ale jesteś taki uroczy – usprawiedliwił się Yoichi.
− A może Shin-chan coś w końcu zje? – zaproponował Masatoshi.
− Tak, dobra myśl. Ja coś przyniosę – odezwał się Bou i pobiegł do bufetu.
− Nie! Ja coś przyniosę! – Yoichi pognał za nim.
− Jak dzieci… − Masatoshi pokręcił głową. – Jak ci się u nas podoba?
− To dopiero pierwszy dzień, ale myślę, że będzie mi tu dobrze. Yoichi jest miły.
− Tak… − Masatoshi spojrzał na widok za oknem. – Jest bardzo miły.
− Jestem! – wykrzyknął Bou.
− Jestem! – powtórzył zaraz po nim Yoichi.
− Ja byłem pierwszy! – upierał się Bou.
− Wcale że nie!
Masatoshi ukrył twarz w dłoniach, tłumiąc śmiech.
− Może po prostu dajcie Shindy’emu to, co dla niego wybraliście i chodźmy później na spacer – zaproponował, chcąc przerwać kłótnię.
Chłopcy postawili przed Shindym dwie tace obficie wypełnione różnymi przysmakami.
− Ale ja tyle nie zjem…
− Zjesz tyle, ile będziesz mógł. – Yoichi zajął miejsce koło Shindy’ego, który czym prędzej zabrał się za jedzenie, w obawie, że blondyn zechce go jeszcze karmić.
Kiedy Shindy już się najadł, wyszli do ogrodu, który rozlewał się zaraz za szkolnym budynkiem. Tak naprawdę dywan trawy porośniętej małymi kwiatami zaścielał jedynie niewielki obszar, resztę tworzył las. Już mieli do niego wejść, kiedy usłyszeli krzyk:
− Masatoshi-kun! Masatoshi-kun!
Odwrócili się w kierunku biegnącego ku nim chłopaka.
− Co się stało? – spytał Masatoshi.
− Masatoshi-kun… − chłopak wziął głęboki wdech. Musiał bardzo się spieszyć i widać było, że bieg go wykończył. – Ty oraz Bou-kun i Yoichi-kun macie się stawić u Tatsuro-sama.
− Ale właśnie oprowadzamy Shindy’ego – mruknął z niezadowoleniem Yoichi.
− Tatsuro-sama chce was widzieć – upierał się chłopak.
− Możecie iść – odezwał się Shindy. – Poradzę sobie.
− Na pewno? – spytał Yoichi.
− Tak.
− No dobrze, ale uważaj na siebie. – Blondyn przytulił Shina i odszedł wraz z przyjaciółmi.
Chłopak spojrzał w stronę lasu. Ruszył w jego kierunku i po chwili znalazł się zielonym labiryncie. Szedł przed siebie aż dotarł na małą polanę. Nie przypuszczał, że las jest tak ogromny. Usiadł pod jednym z drzew i zamknął oczy.
Nareszcie cisza – pomyślał, kiedy nagle usłyszał szmer. Uniósł powieki i odwrócił głowę w stronę źródła dźwięku. W cieniu stał wysoki chłopak. Miał na sobie czarny komplet, składający się z marynarki i spodni sięgających kolan, białą koszulę oraz podkolanówki w czarno-białe paski. Identyczny strój miał Yoichi, zatem chłopak musiał pochodzić z Carinae. Jedno jasne pasmo odbijało się na tle czerni jego włosów, które kontrastowały z bladą cerą. Nieznajomy przeszywał Shindy’ego spojrzeniem czarnych oczu, a blondyn wpatrywał się w niego zdumiony. Nie był zdolny się poruszyć. Czas jakby się zatrzymał, a on klęczał na trawie, mając wrażenie, że ta czerń zamknięta w tęczówkach go pochłania.
− Hej. – Usłyszał głos, ale usta postaci się nie poruszyły. – Hej, wszystko w porządku? – Dotarło do niego, że głos dochodzi zza jego pleców. Odwrócił się i wzdrygnął. Pochylający się nad nim brunet był zdecydowanie zbyt blisko. – Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. – Chłopak uśmiechnął się i pomógł Shindy’emu wstać. – Jak masz na imię?
− Shinya, ale mówią mi Shindy. – Zerknął za siebie, ale nikogo nie dostrzegł. Tajemniczy chłopak zniknął…
− Ach, Shinya. Jesteś tym nowym uczniem.
Skinął głową i przyjrzał się chłopakowi. Jego mundurek był inny. Tworzyły go długie spodnie w czerwoną kratę i czarna koszula z krawatem. Czarna, prosta grzywka opadała na oczy.
− Z jakiej jesteś sekcji? – zapytał Shindy.
− Cepheii. Mam na imię Aki. – Uśmiechnął się ponownie.

29 maja 2014

141. Anorexia cz. V (Masatoshi x Shindy)



Tytuł: Anorexia
Pairing: Masatoshi x Shindy
Notka autorska: Pewna osoba marudziła mi na GG, żebym dodała kolejną część Anorexii. xD Proszę, o to i ona. Jest dziwna, ale nawet przyjemnie opisuje mi się szaleństwa Hideto. :3

CZĘŚĆ V
− Hideto, puść mnie – jęknąłem, starając się wyrwać.
− To twój kochanek? – Odwrócił mnie, by spojrzeć mi w oczy. – Odpowiedz!
− To mój chłopak!
Westchnął, przymknąwszy powieki.
− Wybaczę ci to. Wiem, że jesteś chory.
− Daj mi spokój!
− Taichi…
− Nie jestem Taichi! Zrozum to wreszcie! – Szarpnąłem się mocniej, odtrącając jego ręce. Ponownie chciał mnie chwycić, jednak udało mi się uciec.
Przy wyjściu stał Masatoshi. Rozmawiał z Harukim. Kiedy podszedłem do nich, szatyn przeniósł wzrok na mnie, a brunet odszedł do swojej sali.
− Masatoshi, ja ci wyjaśnię…
− A co tu chcesz wyjaśniać?
− Ja nie chciałem, on mnie zmusił. – Moje oczy okryła warstwa łez.
− Zmusił cię? – prychnął, oparłszy się o ścianę. – Jakoś wcale nie starałeś się wyrwać.
− Ty nic nie rozumiesz… Ja naprawdę nie chciałem… Kochanie… − Przysunąłem się do niego.
− Nie podchodź.
Zabolało mnie to.
− Ale Masatoshi…
− Wracaj sobie do niego! – krzyknął. − Wracaj i dalej tkwij w tym wariactwie!
− Ale ja chcę się wyleczyć. Tylko mi pomóż – szepnąłem błagalnie.
− On ci pomoże. – Zacisnął dłonie w pięści. – On ci pomoże o wiele lepiej niż ja…
Wyszedł, trzaskając drzwiami. Przez chwilę patrzyłem się w nie oniemiały. Moje kolana ugięły się pode mną. Odszedł… Upadłem na podłogę, wpatrując się w swoje ręce, naznaczone okropnymi bliznami. Ślady rozmazywały się przed moimi oczami. Usłyszałem krzyk, moje rozpaczliwe wycie. Przybiegł jakiś pielęgniarz. Przybiegł Hideto. Mężczyzna w białym fartuchu powtarzał, żebym się uspokoił, ale ja nie potrafiłem, nie w tym momencie. Pomógł mi wstać i zaprowadził mnie na salę. Potykałem się o swoje nogi. Gdyby nie jego silne ramię, nie raz bym się przewrócił. Kiedy znalazłem się w pokoju, wpadłem w jeszcze większą panikę. Krzyczałem imię ukochanego, bijąc pięściami w ściany i łóżko.
− Taichi, uspokój się. – Usłyszałem znienawidzony głos Hideto. – Dadzą ci więcej leków i będzie tylko gorzej.
− Wyjdź stąd! To wszystko twoja wina!
− Nie, kochanie. – Ukucnął przy mnie. − To był zły człowiek. Krzyczał na ciebie. Nie pozwolę cię skrzywdzić.
− Jesteś pomylony! Zostaw mnie!
Chwycił moje nadgarstki i spojrzał mi w oczy.
− Jesteś mój. Muszę się tobą opiekować.
− Proszę cię, wyjdź…
− Nie wyjdę. – Zacisnął mocniej palce na moich przegubach. – Zostanę z tobą.
Wziął mnie na ręce i położył na łóżku. Ułożył się tuż obok mnie, uśmiechnął delikatnie i musnął opuszkami mój policzek.
− Widzisz? On odszedł, ja zostałem. Który z nas jest lepszy?
Nie miałem siły, by mu się sprzeciwić. Zamknąłem oczy, żebym nie musiał na niego patrzeć.
− Odpowiedz – warknął, chwytając boleśnie moje włosy.
− Ty… − szepnąłem, a on, usatysfakcjonowany moją odpowiedzią, puścił długie pasma i objął mnie ciasno ramionami.
***
− Zobacz, Taichi, co przyniosłem – powiedział podekscytowany Hideto. Niechętnie spojrzałem na niego, a konkretniej na zwoje bandaży, które trzymał w dłoniach.
− Skąd to masz?
− Ukradłem. Pielęgniarki mają tego pełno. Pamiętasz jak się nimi bawiliśmy? Bardzo ci się to podobało.
− Bawiliśmy? W jaki sposób bawiliśmy?
− Zaraz ci przypomnę. Uklęknij – polecił.
− Co?
− Uklęknij – powtórzył zniecierpliwiony.
Wykonałem jego polecenie. Zaszedł mnie od tyłu i zasłonił mi oczy bandażem.
− Hideto, co ty robisz? – szepnąłem, kiedy wykręcił mi ręce.
− Cii… − Związał mi nadgarstki za plecami.
− Proszę…
− Otwórz usta.
− Dlaczego? – Cała ta sytuacja coraz bardziej mnie przerażała. Czego on chciał?
− To ważny element w zabawie.
− Nie chcę się w to bawić.
− Otwórz usta.
Zacisnąłem wargi i pokręciłem przecząco głową. Poczułem nacisk jego palców na nosie. Brak powietrza zmusił mnie do otwarcia ust, co Hideto natychmiast wykorzystał i wepchnął coś między moje wargi. Chciałem to wypluć, ale kolejny bandaż przywarł do moich ust, uniemożliwiając pozbycie się sporych rozmiarów zwoju, który utrudniał mi mówienie.
− Teraz będziesz już cicho, prawda? – Zaśmiał się, gładząc palcami moje włosy. Spuściłem głowę i szarpnąłem dłońmi, jednak nic to nie dało. – Taichi… Mam coś jeszcze… − Poczułem na swojej skórze coś zimnego. – Wiesz co to jest? – Pokręciłem jedynie głową. – Zaraz się dowiesz – zapewnił, powalając mnie na podłogę. Podciągnął moją koszulkę i przesunął przedmiotem po moim ciele, raniąc je. Kreślił wzory na moim torsie, co jakiś czas zlizując krew. Starałem się nie wykonywać gwałtownych ruchów, ale otwarte rany, których przybywało, strasznie piekły.
− Jesteś słodki – mruknął, przygryzając moją skórę. Jęknąłem i poruszyłem się niespokojnie. Wreszcie po długim czasie tortur, z których on czerpał chorą satysfakcję, powiedział: − Teraz cię rozwiążę, ale jeśli zaczniesz krzyczeć albo powiesz komukolwiek, co się wydarzyło, zrobię coś o wiele gorszego.
Zadrżałem na samą myśl, jaki pomysł mógł się właśnie pojawić w jego głowie.
Rozciął wszystkie bandaże, które osunęły się na podłogę. Odsunąłem się od niego, przesuwając przerażonym wzrokiem po ranach. Zerknąłem na Hideto. Z uśmiechem zlizywał krew ze skalpela. Po chwili wstał i podszedł do mnie. Pochylił się nade mną i szarpnął za materiał mojej koszulki.
− Jesteś mój.
− Hideto…
− Wyraziłem się jasno?
− Tak…
Jego uśmiech się poszerzył. Poczułem jak jego wargi, na których czerwieniły się jeszcze krople krwi, łączą się z moimi.

16 maja 2014

135. Anorexia cz. IV (Masatoshi x Shindy)



Tytuł: Anorexia
Pairing: Masatoshi x Shindy
Notka autorska: Nie jestem zadowolona z tego rozdziału, a właściwie nie mam, co dodać. :c Myślałam nad one-shotem z Bou, ale jest on dość kontrowersyjny… Bylibyście czymś takim zainteresowani? No i jeszcze jest Katarynka. Przepraszam, że znów długo mnie nie było, ale brak weny, urodziny i inne sprawy złożyły się na to, że po prostu nie wiedziałam, co opublikować. 

Jieru Akai: Dziękuję bardzo za ciepłe słowa. Twoje komentarze zawsze sprawiają, że czuję, iż to co robię w jakimś stopniu wychodzi mi dobrze. :3
Nawn: Dziękuję za komentarz. Cieszę się, że moje opowiadania tak się spodobały. ^^Zawsze staram się, żeby moje opowiadania miały w sobie coś oryginalnego. Cieszy mnie, że to zauważyłaś. :3
Mayu Mi: Jejku, jak ja uwielbiam takie długie komentarze. *u* Niestety moja wena jest kapryśna i zaczęłam już pisać kilka innych opowiadań. Potem wena znika i zostawia mnie z zaczętym tekstem, którego za nic nie mogę skończyć. Postaram się napisać coś z własnymi bohaterami. Mam już nawet pomysł. Nie wiem tylko jak z tą fantastyką. Na to akurat nie mam jeszcze pomysłu. Zobaczę jeszcze. :3 Jeśli chodzi o styl mojego pisania, to on cały czas się zmienia. Podobnie z tematyką. Teraz piszę bardziej wesołe opowiadania, które czekają na publikację.


CZĘŚĆ IV
̶  Zostaw!  ̶  warknąłem, odtrącając jego dłoń.

̶  Lubię jak mi się stawiacie.  ̶   Jego uśmiech się poszerzył.  ̶   Wtedy jest ciekawiej.

̶  Zostaw mnie!

̶  Nie krzycz. Tobie też powinno być przyjemnie.

Jedną dłonią chwycił moje nadgarstki, a drugą podciągnął moją koszulkę i przesunął opuszkami po skórze.

̶  Piękny... Zupełnie jak Taichi. On też był taki drobniutki, słaby...  ̶  Westchnął.  ̶  Nie sądziłem, że spotkam tu jeszcze raz kogoś takiego.

̶  Puść mnie! Jesteś chory!

̶  Cichutko.  ̶   Pogłaskał mnie po głowie. ̶   Tak długo cię szukałem, Shindy. Rozmawiałem z każdym, z niektórymi się kochałem, ale oni nie byli jak Taichi. I wreszcie cię znalazłem.

Pocałował mnie, tłumiąc przy tym moje krzyki. Gwałtownym ruchem przewrócił mnie na brzuch i przycisnął swoim ciężarem do posłania.

Ucisz się szepnął, przypierając moją głowę do poduszki, przez co nie mogłem krzyczeć. Wierciłem się z braku powietrza. Zabiję cię, jeśli się nie uspokoisz, więc dla twojego dobra, bądź grzeczny. Puścił moje włosy, a ja poderwałem głowę, by móc wreszcie odetchnąć.

Nie... jęknąłem, kiedy zsunął moje spodnie.

− Bądź już cicho – mruknął zniecierpliwiony.
− Hideto… − powiedziałem cicho – chyba nie zrobisz krzywdy swojemu Taichiemu…
Zamarł z ustami przy moim uchu.
− Oczywiście, że nie, kochanie. Przecież to lubisz.
− Ja nie chcę.
− Dlaczego nie chcesz? Nie kochasz mnie?
− Źle się czuję.
− Dali ci za dużo tabletek… Tak, to tabletki.
Poczułem, że ciężar stopniowo przestaje napierać na moje ciało. Hideto ucałował mój policzek i przeczesał moje włosy.
− Śpij dobrze, Taichi.
Bezszelestnie opuścił pokój. Wtuliłem twarz w poduszkę, mocząc poszewkę łzami.
− Masatoshi, zabierz mnie stąd jak najszybciej…
***
Bezsenna noc, podczas której uważnie nasłuchiwałem, czy Hideto znów się nie pojawi, pozbawiła mnie całej siły na chociażby uniesienie kącików ust na widok Masatoshiego.
− Shindy, powiedz, co się stało – poprosił, spoglądając błagalnie w moje oczy. Odwróciłem pospiesznie wzrok, nie chcąc, by urok jego tęczówek wyciągnął ze mnie odpowiedź. On nie mógł się dowiedzieć.
− Nic się nie stało – warknąłem, mając nadzieję, że nieco sroższym tonem dam mu do zrozumienia, że nie mam ochoty na rozmowę.
− Widzę, że coś się dzieje. Proszę, powiedz mi.
− Wszystko jest dobrze, tak?! Daj mi spokój…
− Chcesz zostać sam? – zapytał, a kiedy skinąłem potwierdzająco, spuścił głowę i wyszedł z sali. Chwyciłem poduszkę i cisnąłem nią o ścianę. Cisza… Chciałem usłyszeć huk. Donośny dźwięk, który pokazałby całą moją bezradność oraz irytację. Zamiast tego usłyszałem szloch, na dodatek wydobywający się z mojego gardła.
***
− Zostaw, proszę, zostaw… − szeptałem, kuląc się w kącie. Hideto stał nade mną, z uśmiechem dotykając moich włosów.
− Nie robię ci krzywdy, Taichi. Przecież to nie boli, to jest przyjemne – powiedział, jeszcze raz zbliżając palce do długich pasm.
− Nie jestem Taichi…
− Tabletki – wyjaśnił jak rodzic, który tłumaczy po raz kolejny tę samą rzecz małemu dziecku.
− Nie dotykaj mnie…
− Czym oni cię faszerują? – Pokręcił głową, niedowierzając. – Nie poznajesz mnie, Taichi. Nie wiesz, kim sam jesteś. − Ujął moją twarz w dłonie. – Teraz cię pocałuję. Jeśli będziesz krzyczeć, będę bardzo niemiły.
Powoli zbliżał swoje usta do moich. Odsunął się gwałtownie, kiedy ktoś otworzył drzwi.
− Co ty wyprawiasz?! – Haruki podbiegł do Hideto, starając się go ode mnie odciągnąć.
− Nie wtrącaj się! – warknął, odtrącając chłopaka, przez co ten upadł na podłogę.
− Zostaw, Shindy’ego!
Hideto podszedł do Harukiego i chwycił materiał jego koszulki.
− Wynoś się, jeśli chcesz jeszcze wyjść stąd cały.
− Hideto, proszę, przestań. – Próbowałem oderwać jego dłonie od ciała przestraszonego bruneta.
− Siedź cicho.
− Zostaw Shindy’ego – powtórzył Haruki.
− On ma na imię Taichi! – Hideto kopnął zdezorientowanego Harukiego w brzuch. Chłopak opadł na kolana i skulił się.
− Przestań, proszę cię, przestań. – Podszedłem do Hideto, który już zamierzał ponownie uderzyć Harukiego. Nie wiedziałem, co zrobić. Objąłem go z całej siły ramionami, nerwowo gładząc jego ramię.
− Ale ty jesteś Taichi i… i jesteś mój… − szepnął ze łzami w oczach.
− Tak, jestem…
Objął mnie szybko w pasie, drugą dłonią przytrzymując moją głowę i zachłannie wpił się w moje usta. Nie opierałem się w obawie, że ponownie zechce zrobić komuś krzywdę.
− Shindy? – Usłyszałem znajomy głos.
Oderwałem się szybko od Hideto. Masatoshi stał w progu. Na początku jego oczy wyrażały niedowierzanie. Po chwili okryła je delikatna warstwa wilgoci. Zacisnął powieki, walcząc ze swoimi emocjami, po czym pokręcił jedynie głową i odszedł.
Haruki szybko wybiegł za szatynem.
− Masatoshi… − Również ruszyłem w kierunku drzwi, kiedy poczułem ucisk na ramionach.