Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kiyozumi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kiyozumi. Pokaż wszystkie posty

22 stycznia 2014

110. Who Are You? cz. XVI (Kiyozumi x Shindy)

Tytuł: Who Are You?
Pairing: Kiyozumi x Shindy
Notka autorska: Ostatnia część WAY. Lekki zarys BDSM się w niej pojawia, czyli coś, co Cherry lubi najbardziej. xD  Teraz dokończę dodawanie White Eden. Ech, smutno mi, że to już koniec. :c

Maki-chan: Przepraszam, ale nie podpisywałaś się, więc nie wiedziałam, jak mam się do Ciebie zwracać. ^^” Oczywiście, że rozważyłam Twoją prośbę. Chcę, żeby czytało Wam się jak najlepiej i przepraszam za te utrudnienia. Co do Anorexii… Hm… opowiadanie pisałam dawno i nie jest zbyt dobre, ale jeszcze zobaczę. Może poprawię co nieco i będzie dobrze. Chociaż na razie nie chcę się za nie zabierać, nie chcę wracać do tego, co było, zwłaszcza, że teraz wychodzę na prostą.

CZĘŚĆ XVI
Dzwonię do drzwi mieszkania Kiyozumiego. Otwiera mi z uśmiechem. Chcę podejść do niego i go pocałować, ale on jedynie wręcza mi białe pudełko i idzie do pokoju, mówiąc:
− Wejdź i zamknij drzwi.
Przekręcam zamek, zdejmuję buty, biorę karton i zaglądam do jego sypialni.
− Idź do łazienki i załóż to, co dla ciebie przygotowałem.
Posłusznie udaję się do łazienki, gdzie unoszę wieczko. Kiyozumi powiedział, że wszystko przygotuje i sprawi, że będę należeć już tylko do niego, tak jak go o to poprosiłem. Moim oczom ukazuje się czarny, półprzezroczysty zestaw ozdobiony koronką. Drżącymi rękoma ujmuję ramiączka bluzeczki. Nie przypuszczałem, że każe chodzić mi w damskiej bieliźnie…
Zdejmuję sukienkę i złożoną w kostkę odkładam na pralkę. Pozbywam się również bokserek. Wsuwam cienkie majtki, zakładam bluzkę, na nogi naciągam czarne zakolanówki z boku udekorowane atłasowymi wstążkami, zawiązanymi na kokardy.
Opuszczam łazienkę i wchodzę do pokoju Kiyozumiego. Chłopak leży na łóżku, wpatrując się w sufit.
− Zamknij drzwi.
Wykonuję jego polecenie. Wstaje i przekręca klucz w zamku, który następnie chowa do kieszeni spodni. Obserwuję go uważnie, czując, że mimowolnie się podniecam.
− Uklęknij.
− Słucham?
− Uklęknij – powtarza, odrobinę zniecierpliwiony.
Klękam przed nim, nie chcąc go rozgniewać. Delikatnym ruchem odgarnia moje włosy. Czuję, że coś zaciska się na mojej szyi.
− Co robisz? – szepczę. Mam wrażenie, że nie mogę złapać powietrza. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Nigdy nikomu nie podlegałem.
− Spokojnie. Nie mam zamiaru cię udusić.
Moje ręce mimowolnie zbliżają się do zapięcia obroży, jednak Kiyozumi szybko chwyta moje nadgarstki.
− Nie wolno – zwraca się do mnie, jak do nieposłusznego dziecka. Puszcza mnie i oddala się o kilka kroków, by lepiej mi się przyjrzeć. – Cudownie w niej wyglądasz.
Rumienię się na jego słowa.
− Musisz się do niej przyzwyczaić, bo teraz często będziesz ją nosić – informuje.
Znów do mnie podchodzi, bierze mnie na ręce i sadza ostrożnie na łóżku. Klęczę na materacu, kiedy on zachodzi mnie od tyłu i sunie palcami po moich ramionach.
− O której wróci twoja mama? – pytam.
− Nie wiem… − mruczy mi do ucha, po czym delikatnie je przygryza.
− Może w każdej chwili wrócić i nas zobaczyć… – zaczynam się niepokoić.
− Czyż to nie jest podniecające…?
Nagle wykręca mi ręce do tyłu. Czuję, że o moje nadgarstki ociera się lina. Mimowolnie odwracam głowę.
− Pozwoliłem ci patrzeć? – Słyszę srogi ton Kiyozumiego.
− Przepraszam… − Spuszczam głowę.
Owija sznurem kilkakrotnie moje ręce, po czym mocno go zaciska i zawiązuje. Zaciskam zęby, żeby nie jęknąć.
− Boli? – pyta ironicznie.
− Trochę.
Głaszcze mnie po głowie. Sięga po coś do szuflady. Kusi mnie, żeby sprawdzić, co to, ale Kiyozumi nie pozwolił mi się ruszać, więc siedzę grzecznie i czekam. Przed oczyma miga mi coś czarnego, a następnie czuję elastyczny materiał, który przylega do moich powiek.
− Po co to? – pytam, korzystając z tego, że jeszcze pozwala mi się odzywać.
− Żebyś skupił się bardziej na moim dotyku.
Popycha mnie na łóżko. Kładę się posłusznie i rozchylam nogi, kiedy wydaje taki rozkaz.
Zsuwa ze mnie bieliznę. Coś owija się wokół moich ud, tuż nad kolanami. Próbuję złączyć nogi, jednak ta rzecz blokuje moje ruchy.
− Co to jest? – mówię cicho.
− Takie specjalne pasy z metalową rozpórką, żebym miał lepszy dostęp do ciebie – wyjaśnia.
Przełykam ślinę.
− Boisz się?
− Nie – kłamię.
− Shindy, jeśli coś pójdzie nie tak, od razu mi powiedz. Nie chcę zrobić ci krzywdy.
− Wszystko dobrze. – Jego słowa mnie uspokajają. Wiem, że nie pozwoli, by coś mi się stało, a fakt, że jestem od niego teraz w pełni zależny już mnie tak nie przeraża. Prawdę mówiąc, zaczyna mi się coraz bardziej podobać…
Dłonią dotyka mojego brzucha. Sunie coraz niżej. Moje ciało się napina, kiedy powoli zbliża się do krocza. Śmieje się, omija moje przyrodzenie i gładzi moje uda.
− Kiyozumi…
Nie odpowiada. Nadal mnie torturuje, dotykając wszystkich fragmentów mojego ciała, oprócz tego jednego, które najbardziej się o to prosi.
− Nie baw się mną…
Wreszcie dotyka mojej męskości. Pieści ją, ściska, masuje, sprawia mi coraz większą przyjemność. Po chwili zabiera rękę.
− Nie, proszę, nie przestawaj… − szepczę błagalnie.
− Muszę się napić – oznajmia i wstaje z łóżka.
− Nie, Kiyozumi. Napijesz się za chwilę, tylko to dokończ…
− Ale ja odczuwam teraz ogromne pragnienie – mówi ze smutkiem. – Nie bądź egoistą, Shin-chan. Nie myśl tylko o sobie.
− Robisz to specjalnie!
− Co niby robię?
− Męczysz mnie.
− Męczę cię… Hm…
Szybkie kroki, trzask drzwi.
− Kiyozumi!
Cisza. Słychać tylko moje jęki i szelest prześcieradła. Staram się poruszyć nogami, złączyć je, żeby jakoś to dokończyć, ale nie daję rady. Ból między udami jest nie do zniesienia. Tykanie zegara perfekcyjnie odmierza czas, w którym go nie ma, przy okazji zamieniając sekundy w minuty, a minuty w godziny.
− Kiyozumi… − Zaczynam cicho szlochać. – Proszę, wróć, to mnie boli.
Boli mnie wszystko: pulsujące przyrodzenie, uda, szyja, dłonie, na których leżę, a nawet oczy pieką mnie od łez.
Otwiera drzwi. Materac ugina się lekko pod jego ciężarem. Całuje delikatnie mojego penisa, a następnie zamyka na nim usta.
Odrzucam głowę do tyłu, zaciskam dłonie w pięści i cicho jęczę. Moje biodra wykonują chaotyczne ruchy. Słyszę dźwięk metalu między moimi nogami. Zaciska palce na moich biodrach, żeby wszystko spowolnić.
− Nie, Kiyo! – Szarpię się z całej siły. Nie chcę, żeby miał kontrolę nad tempem. Wiem, że wtedy przemieni to w powolne tortury. – Ach! – Zaciskam powieki. – Kiyozumi-sama!
Dociera do mnie pomruk zadowolenia, kiedy słyszy jak go nazwałem. Wolno sunie językiem po mojej męskości. Ssie po kolei każdy fragment, delikatnie przygryza. Unosi głowę do góry, a następnie ją opuszcza. Robi to powoli. Irytująco powoli. Nigdzie się nie spieszy. Podczas gdy on jest odprężony i zapewne rozbawiony moim położeniem, ja jestem całkowicie od niego zależny i stopniowo wariuję.
− Och, błagam, nie męcz mnie już…
Nie reaguje. Odsuwa głowę.
− Nie! Kiyo… Kiyozumi-sama…
Znów bierze mnie do ust. Tym razem gwałtownie rusza głową. Sunie dłońmi po moich udach i brzuchu. Szarpię palcami fałdy prześcieradła, unoszę biodra. Czuję, że wystarczy jeszcze chwila i dojdę. Jednocześnie błagam w myślach, żeby nie przestawał. Nie wytrzymam tego, nie w tym momencie. Na szczęście Kiyozumi nie przestaje. Dochodzę z przeciągłym jękiem, a moje biodra opadają z powrotem na posłanie.
− Kocham cię. – słyszę szept przy moim uchu.
− Ja ciebie też – odpowiadam, a Kiyozumi całuje mnie w usta. Następnie ściąga opaskę z moich oczu, odpina pasy i rozwiązuje moje dłonie.
Kładziemy się na łóżku. Blondyn obejmuje mnie ramieniem, a ja wtulam się w niego. Moje powieki opadają. Przez chwilę walczę ze snem, pamiętając o istotnej sprawie…
− Kiyozumi, twoja mama może zaraz wrócić – przypominam.
− Najwyżej zobaczy jak się przytulamy.
− Ale ja jestem prawie nagi…
− Bo tak wyglądasz najpiękniej. Nie zabroni ci przecież pięknie wyglądać, prawda?
Obejmuję jego szyję i całuję go. Teraz nie ma znaczenia powrót jego matki, czy fakt, że jestem nagi. Liczy się tylko ciepło leżącego obok mnie ciała, miękkie usta i uczucie bezpieczeństwa, kiedy oplatają mnie jego silne ramiona.

21 stycznia 2014

109. Who Are You? cz. XV (Kiyozumi x Shindy)

Tytuł: Who Are You?
Pairing: Kiyozumi x Shindy
Notka autorska: Wygrało WAY, zatem dodaję przedostatnią część. :3 Ostatnia jeszcze nie jest dokończona, ale postaram się dać ją jako następną notkę. Bardzo Was wszystkich przepraszam za ten zamęt, ale moja wena jest kapryśna. ;-; Żebyście nie musieli marnować czasu na przypomnienie sobie, co było w poprzednich rozdziałach postanowiłam Wam je streścić:
Po nieprzyjemnym incydencie, jaki miał miejsce na szkolnej wycieczce (wszyscy dowiedzieli się jakiej Shindy jest płci), Shin ląduje w szpitalu, gdzie odbywa rozmowę z Kiyozumim, podczas której wpada na pewien pomysł. Gdy tylko wraca do szkoły, postanawia wcielić swój plan w życie. Zostawia w szafkach innych uczniów zaproszenia na swój pogrzeb. Kiyozumi również otrzymuje czarną kopertę i natychmiast zaczyna szukać chłopaka. Znajduje go na dachu szkoły i, gdy ten chce już skoczyć, odciąga Shindy’ego na bok, a następnie całuje. Shindy po raz pierwszy odwzajemnia pieszczotę. Chwila przyjemności jednak nie trwa długo, ponieważ natychmiast na dach wpada policja oraz lekarze, którzy zabierają Shina i Kiyo do szpitala.

Mam nadzieję, że jakoś pomogłam.
Ten rozdział zbytnio mi się nie podoba, za to następny powinien być całkiem-całkiem. :3 I przepraszam, że takie krótkie... ;-;

Anonimowy: Postaram się dokończyć wcześniejsze opowiadania. Najpierw WAY, a zaraz po nim White Eden. Naprawdę kogoś interesuje jeszcze Anorexia?

CZĘŚĆ XV
− Niewygodnie mi – żali się Shindy.
− Wiem, skarbie.
Podnosi głowę i spogląda znacząco na moje usta. Całuję go delikatnie.
− Nic ci nie grozi – uspokajam go.
Nawet nie zauważam, kiedy dojeżdżamy. W tym momencie liczy się dla mnie tylko wtulone we mnie ciało.
Ktoś otwiera drzwi i szarpnięciem wyciąga Shindy’ego.
− Może trochę delikatniej – mówię, patrząc wrogo na funkcjonariusza.
Drugi policjant chwyta mnie mocno za ramię i ciągnie w kierunku szpitala. Shindy przystaje gwałtownie, kiedy zauważa, do jakiego budynku się zbliżamy.
− Ja nie chciałem się zabić! – Zapiera się nogami.
− Zrobimy ci tylko badania. Nie zostaniesz tu – zapewnia lekarz, który idzie obok.
Chłopak odrobinę się uspokaja. Znów zaczyna panikować, kiedy prowadzą nas w różne korytarze.
− Chcę z nim zostać – zwracam się do trzymającego mnie mężczyzny. – On się boi.
Ignorują mnie i wprowadzają do sali. Przestaję rejestrować, co się ze mną dzieje. Czuję jedynie, że nacisk na moich nadgarstkach się zwalnia. Prowadzą mnie od jednej maszyny do drugiej, zadają jakieś pytania, na które machinalnie odpowiadam. Czas ciągnie się w nieskończoność. Chcę już go zobaczyć, znów go dotknąć, pocałować, zabrać do domu, ochronić…
− Wygląda na to, że wszystko w porządku – informuje lekarz. – Możesz wrócić do domu, twoja mama już czeka na korytarzu.
− Co z Shindym? Gdzie on jest?
− Musisz iść prosto, a następnie skręcić w prawo – instruuje, jak gdyby nie usłyszał moich słów.
Wychodzę z sali. Nigdzie się bez niego nie ruszę. Zamiast iść drogą, która zaprowadzi mnie do matki, udaję się w przeciwnym kierunku. Słyszę płacz i krzyki. Bardzo znajome dźwięki. Przyspieszam. Wychodzę zza zakrętu. Shindy tuli się do swojej mamy, szlochając:
− Ja tu nie zostanę! Powiedzieliście, że zrobicie mi tylko badania!
− Nie zgadzam się, by mój syn przebywał w takim miejscu – odzywa się jego matka.
− Pani nie zdaje sobie sprawy z tego co się stało. Pani syn chciał popełnić samobójstwo – tłumaczy doktor.
− Co pan opowiada? – burzy się kobieta. – Mój syn jest w pełni zdrowy, nigdy by mu nawet do głowy nie przyszło, żeby zrobić coś takiego.
− Uważam, że powinien zostać u nas chociaż na kilka dni, ale jeśli pani się nie zgadza, może wrócić do domu, jednak na pani odpowiedzialność. – Lekarz odwraca się i odchodzi.
Shindy spogląda w moją stronę.
− Kiyozumi. – Podbiega do mnie i wtula się w moje ramiona. Obejmuję go mocno, głaszcząc po głowie.
− Już dobrze, kochanie – szepczę. – Teraz wszystko będzie dobrze – zapewniam.
***
Na jakiś czas razem z Shindym mamy wolne dni od szkoły. Wykorzystujemy ten czas, spędzając go w parku, spacerując po mieście. Rozkoszuję się jego obecnością, staram się zapamiętać każdy szczegół z nim związany: sposób w jaki promienie słoneczne wplątują się w jego włosy, moment, w którym zamyka powieki, kiedy mierzwię palcami złociste pukle, jego usta, które układają się w różne kombinacje, jego pomalowane powieki, których kolor miga mi przed oczyma, gdy tylko mrugnie.
Kładzie się na trawie i spogląda na mnie. Zamyka oczy. Jego powieki dziś są gradientowe: jasne, niemalże białe w kącikach przy nosie, potem przechodzą przez beż do brązu, a następnie czerni. Muśnięte tuszem rzęsy rzucają cienie na policzki. Całuję delikatną, nieco zaróżowioną skórę, która przez kontakt z moimi ustami, staje się cieplejsza i jeszcze bardziej barwi purpurą. Przesuwam się ku wargom, z których łapczywie spijam słodycz. Zarzuca mi ręce na szyję i przyciąga mnie bliżej. Kolano wsuwa między moje nogi. Zaskakuje mnie ten ruch. Wcześniej tego nie robił. Nieśmiało wsuwam dłoń pod jego sukienkę w groszki i gładzę jego udo.
− Kiyozumi… − szepcze. – Chcę być tylko twój…

30 grudnia 2013

103. Who Are You? cz. XIV (Kiyozumi x Shindy)

Tytuł: Who Are You?
Pairing: Kiyozumi x Shindy
Notka autorska: Jakoś tak… nie przepadam za tym rozdziałem, ale jest to przełomowy moment, że tak powiem. A teraz BARDZO, BARDZO WAŻNA SPRAWA mianowicie moja chamska reklama:
POSZUKUJESZ SZABLONU NA SWOJEGO BLOGA, A NIKT NIE CHCE SŁYSZEĆ O ROBIENIU NAGŁÓWKA Z „CHIŃSKIMI PEDAŁAMI” W ROLI GŁÓWNEJ? NIE ZWLEKAJ! JUŻ TERAZ ZAJRZYJ NA STRONĘ TEMPLATES FROM JAPAN, GDZIE BĘDZIESZ MÓGŁ ZŁOŻYĆ ZAMÓWIENIE, A MY (TO ZNACZY JA, CHERRY) ZROBIMY WSZYSTKO, ŻEBYŚ DOSTAŁ SWÓJ WYMARZONY SZABLON.  
Druga część reklamy:
OD JAKIEGOŚ CZASU PAŁASZ MIŁOŚCIĄ DO TWORZENIA GRAFIKI? KOCHASZ ROBIĆ SZABLONY, A KODY CSS NIE SĄ CI STRASZNE? CHCESZ DOSKONALIĆ SWOJE UMIEJĘTNOŚCI I JESZCZE BARDZIEJ SIĘ ROZWIJAĆ? DOŁĄCZ DO NAS (DO MNIE…) I ODMIEŃ NASZĄ BLOGOSFERĘ SWOIMI PRACAMI I NIEKONWENCJONALNYM PODEJŚCIEM DO ZMIANY WYGLĄDU BLOGA!
Tak, Cherry założyła swoją pierwszą w życiu szabloniarnię, dlatego błagam: zajrzyjcie, zamówcie, dołączcie! *u* Potrzebuję szabloniarzy!

CZĘŚĆ XIV
Mam zaszczyt zaprosić Cię na mój pogrzeb, który odbędzie się dzisiaj o godzinie 15:00, na dziedzińcu szkoły.
Shinya
Taka wiadomość wita mnie, kiedy otwieram szafkę. Zgniatam w palcach czarną kopertę i wpatruję się w tekst na białej kartce. Rozglądam się po korytarzu. Wszyscy stoją, trzymają w dłoniach czarne koperty i czytają kilkakrotnie treść zaproszenia.
Po korytarzu roznoszą się szepty:
− Kto to ten Shinya?
− O co tu chodzi?
− To jakiś żart?
− Ktoś zrobił sobie kawał?
− Czy to nie jest przypadkiem ta laska, która mówi, że jest facetem?
Patrzę na zegarek. Czternasta pięćdziesiąt… Że też dopiero teraz otworzyłem tę cholerną szafkę!
Szukam go wszędzie. Na parterze, na piętrach, w schowku woźnego, przy jego szafce, w toaletach… Nigdzie go nie ma. Czternasta pięćdziesiąt pięć… Błagam, niech nie robi nic głupiego.
Czternasta pięćdziesiąt siedem. Na dziedzińcu zebrała się chyba cała szkoła. Widzę ich przez okna. Patrzą na dach… Szybko wbiegam po schodach na górę.
− Shindy!
Stoi na krawędzi, patrząc na tłum, rozlewający się pod budynkiem, na karetkę, radiowóz i straż pożarną, które ktoś wezwał. Ignoruje lamenty, płacz, błagania.
− I co, gnojki?! – krzyczy tak głośno, żeby wszyscy go usłyszeli. – Teraz płaczecie! Myśleliście, że można mnie tak traktować?! Że można mnie gnębić i molestować, a ja nic nie zrobię?!
− Shindy? – Podchodzę do niego powoli.
− Nie podchodź do mnie! – Na chwilę na mnie spogląda, ale zaraz przenosi wzrok na resztę. – Ale wiecie co?! Było warto, żeby teraz patrzeć jak gryzie was sumienie! Wyglądacie teraz jak nędzne robactwo, aż mnie kusi, żeby was zgnieść! I chyba to zrobię!
Zbliżam się, stawiając cicho każdy krok.
− Dziękuję wam za tak liczne przybycie i… za zrujnowanie mi życia… − Zamyka oczy i wystawia nogę do przodu. Natychmiast podbiegam, łapię go w pasie i odciągam od krawędzi.
− Zostaw mnie, idioto! – wrzeszczy, próbując się wyrwać. – Zostaw! Wszystko zniszczyłeś! Znowu wszystko zniszczyłeś!
Kładę go na dachu, przypierając do powierzchni swoim ciałem.
− Nienawidzisz mnie, wiem to, ale żyj! Zrób dla mnie tę jedną rzecz i żyj!
Wpijam się w jego usta. Przez chwilę stara się mnie odepchnąć. Otwieram szeroko oczy, kiedy uspokaja się i oddaje pocałunek… Rozluźniam nieco uścisk na jego nadgarstkach. Wplata palce w moje włosy i przeczesuje je. Czuję wilgoć na policzkach, nasze wymieszane łzy.
Nagle ktoś odciąga mnie od niego, przerywa tę cudowną chwilę. Dwóch policjantów przytrzymuje mnie. Próbuję się wyrwać, chcę do niego wrócić, chcę znów go pocałować, mieć pewność, że nie zrobi sobie krzywdy.
− Zostawcie go! – krzyczę do lekarzy, którzy zakładają zszokowanemu chłopakowi kaftan bezpieczeństwa.
− Kiyozumi… − Patrzy na mnie błagalnie. – Kiyozumi, zrób coś! – prosi, kiedy siłą go wyprowadzają.
Znów się szarpię. Widzę strach w jego oczach, ale po raz kolejny nie jestem w stanie go ochronić…
− Jego też zabieramy. Jest w szoku, musimy go zbadać. – Słyszę słowa, jakby wypowiadane przez jakąś maszynę.
Reaguję dopiero wtedy, gdy ktoś skuwa mi z tyłu nadgarstki kajdankami.
− Co wy robicie?! – Kopię jednego z policjantów w brzuch.
− Spokojnie, to tylko badania.
− Gdzie jest Shindy?! Co mu zrobiliście?!
− Twój kolega jest w karetce. Nic mu nie grozi, tak samo jak tobie – uspokaja lekarz.
− Muszę go zobaczyć!
− Zobaczysz, tylko chodź z nami.
Pozwalam, by zaprowadzili mnie do karetki. Ignoruję spojrzenia reszty szkoły. Liczy się dla mnie tylko drobna postać siedząca w otwartym pojeździe. Zauważa mnie i podrywa się z miejsca. Chce wyjść i pobiec do mnie, jednak pilnujący go funkcjonariusz natychmiast zmusza go, by ponownie usiadł.
− Chcę go przytulić. – Zerkam znacząco na jednego z lekarzy.
− To w tej chwili niemożliwe.
− Rozkuj mnie! – unoszę głos.
− Nie mogę tego zrobić, stanowisz dla siebie zagrożenie.
− Nie jesteśmy świrami, więc nas tak nie traktujcie!
Policjant wpycha mnie do środka i zamyka drzwi. Siadam obok Shindy’ego. Odjeżdżamy.
− Jak się czujesz, kochanie? – Spoglądam w jego przestraszone oczy.
− Boję się… Dokąd oni nas zabierają?
− Do szpitala. Zrobią nam badania i nas wypuszczą. Nie bój się, jestem przy tobie.
Chłopak opiera głowę o moje ramię. Całuję go kilkakrotnie we włosy, po czym przytulam policzek do jasnych kosmyków.
− Jestem przy tobie – powtarzam.

27 grudnia 2013

102. Who Are You? cz. XIII (Kiyozumi x Shindy)




Tytuł: Who Are You?
Pairing: Kiyozumi x Shindy
Notka autorska: Bardzo przepraszam, że tak krótko. :c Następny rozdział jest ciekawszy. :3 Dziękuję za wszystkie komentarze. Dostałam ich aż siedem. ^^ Dziękuję, to naprawdę daje motywację. :*

CZĘŚĆ XIII
Budzi mnie wołanie. Ktoś krzyczy moje imię. Umarłem… Nareszcie umarłem. Tutaj nikogo nie ma, więc to jedyne sensowne wyjaśnienie.
− Shinya! – Słyszę coraz wyraźniej.
Nie odzywam się. Nie mam siły. Ponownie zamykam oczy. Chcę, żeby ten dźwięk ucichł. Chcę, żeby tu było znów tak spokojnie. To mnie odpręża.
− Shinya? – Ktoś pochyla się nade mną.
Unoszę powieki i spoglądam w oczy nieznajomego mężczyzny.
− Możesz wstać? – pyta.
− Proszę mnie zostawić – szepczę.
Zbliża rękę do mojego ramienia.
− Niech mnie pan nie dotyka! – unoszę głos, odsuwając się bardziej pod drzewo.
− Spokojnie, nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy.
Zaciskam nogi, obserwując go z przerażeniem.
− Ktoś cię skrzywdził?
Nie odpowiadam. Po chwili zza drzew wychodzą pozostali mężczyźni. Próbuję się podnieść, żeby jakoś im uciec, ale natychmiast upadam na ściółkę.
− Nie ruszaj się.
− Nie… − mówię cicho, kiedy mężczyzna bierze mnie delikatnie na ręce i przenosi na nosze. Ktoś okrywa mnie kocem i przypina pasami.
− Przekażcie reszcie, że go mamy i zabieramy do szpitala. Poinformujcie też, że jest wyziębiony, ma lekkie zadrapania i jest w szoku.
Nie chcę, żeby zabierali mnie do szpitala. Znów próbuję wstać, jednak pasy skutecznie mnie ograniczają.
− Shinya, uspokój się, nic ci nie zrobimy.
− Ja was nie znam… Czego wy chcecie?
− Twoja matka również tu przyjechała. Zaraz przyjedzie do ciebie do szpitala, dobrze?
Mężczyzna odsłania odrobinę moją rękę i zanim się zorientuję wbija w skórę igłę. Po chwili moje powieki opadają.
***
Otwieram oczy i rozglądam się po pomieszczeniu, w którym się znajduję. Cały pokój tonie w bieli. Irytujące pikanie nieprzyjemnie przerywa ciszę. Zamazana twarz wisi nade mną. Czuję jak jej palce zanurzają się w moich włosach.
− Nareszcie się obudziłeś, kochanie. Dlaczego uciekłeś? Tak się o ciebie bałam. – Całuje moje czoło.
Kontury się wyostrzają i wreszcie widzę ukochaną twarz.
− Co się tam wydarzyło? – pyta, ale ja tylko kręcę przecząco głową. Nie chcę o tym mówić. Nie chcę wracać do tych wspomnień. – Jest tutaj twój kolega Kiyozumi. Szukał cię przez cały ten czas. Bardzo się o ciebie martwił.
Spuszczam wzrok.
− Chciałbyś z nim porozmawiać?
− Tak.
Wychodzi z sali. Po chwili zagląda do mnie Kiyozumi.
− Shindy… − Siada przy łóżku, ujmuje rękami moją dłoń i zaczyna całować delikatnie moje palce. – Martwiłem się o ciebie. Gdyby coś ci się stało… − Zauważa moje zaskoczone spojrzenie i puszcza moją rękę. – Przepraszam…
− Dlaczego się martwiłeś?
− Ja… Shindy, ja cię kocham. Chciałem się z tym kryć, ale dłużej już nie mogę. Chcę, żebyś wiedział.
Patrzę mu w oczy, doszukując się jakiejś cząstki kłamstwa. Jednak jego tęczówki są szczere i spoglądają na mnie z jakimś silnym uczuciem.
− To niemożliwe – mówię w końcu. – Nie możesz mnie kochać. Ja nie jestem zabawką! – Zaciskam palce na pościeli, a po moich policzkach spływają łzy.
− Oczywiście, że nie jesteś, kochanie. – Ociera moją skórę palcami.
− Nie mów do mnie kochanie…
− Shindy…
− Ja się boję, rozumiesz? To, co oni mi zrobili… − Odwracam głowę.
− Nie pozwolę cię więcej skrzywdzić.
− Nie było cię wtedy… Pozwoliłeś im na to.
− Przepraszam. – Głaszcze moje włosy, przez co zauważalnie się wzdrygam.
− Boję się… Boję się dotyku…
− Nie chcę zrobić ci krzywdy – zapewnia. Słyszę, że jego głos drży.
− Masatoshi mnie trzymał. – Zaciskam powieki. – Tak mocno, nie mogłem się wyrwać. Potraktował mnie jak jakiś towar, powiedział im, że mogą mnie dotykać… Kaoru i Die chwycili mnie za nogi i mi je siłą rozchylili. Najpierw podszedł Kyo. Dotykał mnie, a mi… mi się to podobało… Gdyby nie to, że Masatoshi zatykał mi usta, jęczałbym jak jakaś kurwa. Ale i tak co nie co dało się słyszeć. Jeden z nich wziął mnie do ust. Tego nie wytrzymałem, doszedłem niemalże od razu… − Znów płaczę. – Ja chciałem tylko, by mnie akceptowali. Nie muszą mnie lubić, byleby tylko nic mi nie robili. – Ukrywam twarz w dłoniach.
− Przepraszam, kochanie… − Gładzi moje udo przez kołdrę.
− Nie dotykaj!
Zabiera rękę.
− Co teraz zrobisz? Zmienisz szkołę? – pyta.
Spoglądam mu w oczy. Nie zamierzam zmienić szkoły. Chcę zrobić coś zupełnie innego. Potrzebuję tylko dobrego planu i odwagi. Ogromnej dawki odwagi.